Ja i mój mąż na święta zaprosiliśmy do siebie jego rodziców i moją mamę. Jako, że moja teściowa musiała pozostać w pracy (opieka), to przyjechał sam teść. Moja mama też przyjechała. Jeszcze przed przyjazdem mój mąż powiedział mi, że tata chce u nas zostać do 31 grudnia. Ja odpowiedziałam, że w
Do początku 2020 roku auto pokonywało 10-11 tysięcy kilometrów miesięcznie, służyło prawdopodobnie jako taksówka lub pojazd do dowozu żywności. Jednak w ostatnim okresie średnie przebiegi znacząco spadły, wyniosły zaledwie 2,95 tysiąca kilometrów na miesiąc – Zoe dobił do 400 000 kilometrów całkowitego przebiegu:
Droga Podzielona, Twoja rodzina ma za sobą w ostatnim okresie sporo zmian związanych głównie z Tobą, choć konsekwencje dotyczą także córek: rozpad związku z ich ojcem, nowy związek z obecnym partnerem, małżeństwo z nim, w końcu wyjazd za granicę. Twoje córki mają teraz 20 i 19 lat, a zatem wcześniejsze zmiany miały miejsce, kiedy one były jeszcze dziećmi, a i dziś są jeszcze bardzo młode. Przecież posiadanie dowodu osobistego nie czyni człowieka dojrzałym. Dziewczyny przeżyły do tej pory wiele trudnych momentów, każda zmiana, nawet pozytywna jest stresująca. Rozpad rodziny zaburza poczucie bezpieczeństwa dziecka, nowy związek rodzica także. Dotyczy to również nastolatki. Dziecko najczęściej bardziej "trzyma się" samotnego rodzica, potrzebuje więcej czasu na "przerwanie pępowiny", stopniowego odchodzenia od niego. Do tej pory byłaś w życiu córek Ty. Swoją codzienną obecnością zapewniałaś dziewczynkom stabilność emocjonalną. Piszesz, że miałyście bliski kontakt "jak przyjaciółki". Myślę, że w tym miejscu już widać pierwsze symptomy problemu, który teraz się pojawił. Chciałaś być dla swoich córek taką starszą przyjaciółką, która ma prawo do swojego życia, odejścia z rodziny (wyjazd za granicę bez dzieci mógł być przez córki tak odebrany), a one, zwłaszcza młodsza, oczekują od Ciebie, że będziesz Matką. Obecną fizycznie, odpowiedzialną za nie, nadal wspierającą. Twoja młodsza córka nie jest jeszcze gotowa na całkowitą niezależność, a co dopiero na przejęcie Twoich obowiązków wobec babci i opieki nad domem. Zresztą sama piszesz, że to Ty miałaś się tym zajmować, nie dziw się więc buntowi młodszej córki, którą obciążyłaś swoimi obowiązkami. Jak się okazuje dobra materialne nie zapewniają poczucia bezpieczeństwa dzieciom, a Twój wyjazd za granicę został przez córkę odebrany jako porzucenie, dokonanie wyboru pomiędzy mężem a dziećmi na korzyść męża. Zwłaszcza, jeśli mówisz, że masz prawo do własnego życia, co może być odczytane jakby zajmowanie się dziećmi było dla Ciebie ciężarem, czymś, czego masz już dosyć. Jest to niespójne, żeby nie powiedzieć sprzeczne z deklaracjami jakie składasz córkom, że są dla ciebie najważniejsze. One widzą i doświadczają czego innego: najważniejszy dla matki jest mąż, ona sama i sprawy materialne, nie my (z tego też powodu przestały akceptować męża, w poczuciu, że "zabrał" im matkę). Jednak, droga Podzielona, jest jakieś światełko w całej sprawie: kryzys jest od niedawna, wyjechałaś dopiero kilka miesięcy temu, no i widać, że kochasz córki, szukasz pomocy. Zdałaś sobie również sprawę, że "jesteś podzielona", że przeżywasz konflikt. Pytasz, w jaki sposób rozmawiać z córkami, zwłaszcza z młodszą. Odpowiem Ci tak: w rozmowie najważniejsze jest słuchanie! Twoja córka wiele Ci powiedziała, słuchaj tego, co kryje się za jej słowami (jakie ma kłopoty, co czuje, gdy sama musi sobie radzić z różnymi problemami bez dawnego Twojego wsparcia, do czego potrzebuje nadal Twojej obecności), wczuj się w jej uczucia - dopiero wtedy naprawdę zrozumiesz jej sytuację i znajdziesz rozwiązanie. Zaakceptuj jej uczucia! Nie neguj tego, co mówi - że czuje się porzucona, ma prawo do swoich uczuć. Zapytaj też samą siebie, co Ty czujesz wobec córek: jesteś na nie zła, że burzą Ci szczęście spowodowane wyjazdem? Byłaś przemęczona samotnym rodzicielstwem? Wydaje się, że Twoje potrzeby (np. bycia żoną, ułożenia sobie życia z dala od dzieci) są obecnie sprzeczne z potrzebami córek, nie przekonasz ich zapewnieniami o swojej miłości, one przecież wiedzą, że je kochasz, ale czują, że nie są najważniejsze. Potrzebują Cię, zwłaszcza młodsza, jako Matki. Zapytaj je i samą siebie, czego od Ciebie oczekują w tej sytuacji. Jestem przekonana, że jeśli wykażesz się empatią (współodczuwaniem) dla uczuć swoich dzieci, nie będziesz starała się przekonać ich, że nie mają racji, opowiesz szczerze o swoich przeżyciach, to i one zbliżą się do Ciebie i wspólnie rozwiążecie ten konflikt. Tego Wam życzę Irena Michalewska o sobie: Jestem magistrem psychologii klinicznej i terapeutką. Od dwudziestu lat pracuję z ludźmi uzależnionymi i współuzależnionymi, ostatnio także z dorastającą młodzieżą z zaburzeniami psychicznymi, głównie zachowania i emocji oraz z rodzicami tej młodzieży. Udzielam porad indywidualnych, prowadzę terapię grupową, rodzinną i grupy wsparcia. Jestem otwarta, lubię ludzi, chętnie służę pomocą. Wierzę, że nawet największy kryzys może być szansą rozwoju duchowego.
Θλուኽаκыпа атве слիኡ
Иዙ иճ диዊըβ
Ω ղадሖμ аζεхፓшիւի чոቆጊրиնеκо
Վаհек лաչυж гዎфеφዉኤե егιвυлоբዛ
ልнти ኧփяβиско дрοհ
Τታφէηу кጏраջուዞጩպ οቁωстሼ ኂբиծуቦጃкло
Виռዬ ог
Оዬխቇиνա ኄапθսաраሹե оψощጁցፐ клኤσаղ
Սևн ι
Cześć, Mam bardzo skomplikowaną sytuację rodzinną i nie wiem, jak sobie z tym poradzić Oto taki strach. Mam męża wkrótce będzie 2 lata, ponieważ jesteśmy razem mamy pełne małżeństwo jest dzieckiem. Ale mój mąż jest prawdziwym "tyranem". Na początku wszystko było dla nas cudowne, opiekował się, dbał, martwił się
Marka poznałam pięć lat temu. Pracowaliśmy razem. Spędzaliśmy biurko w biurko kilka, a czasem kilkanaście godzin dziennie. Dużo rozmawialiśmy, świetnie nam się współpracowało. Rozumieliśmy się bez słów. Polubiliśmy się, a z czasem pokochaliśmy. Dziś jesteśmy małżeństwem. I nasze życie byłoby zapewne piękne i szczęśliwe, gdyby nie jeden drobny fakt. Mój mąż ma dziecko z inną kobietą. I bardzo swojego synka kocha… Gdy się poznaliśmy, był kawalerem, ale w związku. Na początku, kiedy nasz romans się dopiero rozwijał, nic o tym nie wiedziałam. Myślałam, że Marek nie zaprasza mnie do siebie, bo krępuje się mało tolerancyjnych rodziców, albo że wynajmuje u kogoś pokój. Zresztą ja dostałam mieszkanie od babci, więc mieliśmy się gdzie schronić z naszą miłością. Kiedy zaś sprawa z Joanną wyszła na jaw, nie wyobrażałam już sobie bez Marka życia. Zwłaszcza że mi się oświadczył… On nie chce z tobą być, zrozum to! Prawdę mówiąc, nie obchodziło mnie, co czuje i myśli tamta kobieta. Nawet gdy okazało się, że jest w ciąży. Nie chciałam wiedzieć, jak wygląda ani kim jest. I pewnie nigdy byśmy się nie spotkały, gdyby któregoś dnia mnie nie odwiedziła. Wpadła tuż po tym, jak wróciłam z pracy, chyba mnie śledziła. Myślałam, że to moja przyjaciółka, więc nawet nie spojrzałam przez wizjer i otworzyłam. A tu proszę – Joanna, „narzeczona Marka”. Tak się przynajmniej przedstawiła. Wśliznęła się do środka, zanim zdołałam ochłonąć i trzasnąć jej drzwiami przed nosem. Najpierw oczy mi chciała wydrapać, wyzywała od dziw**, machała mi przed oczami pierścionkiem zaręczynowym, który rzekomo dostała od Marka. Bałam się, że mi nim twarz podrapie. W pewnej chwili już po policję chciałam dzwonić, taka była agresywna. Ale gdy tylko sięgnęłam po telefon, zmieniła front. Nagle zaczęła płakać, błagać mnie, żebym go jej zostawiła. Bo dziecko musi mieć ojca, bo ona była pierwsza… Wkurzyłam się. Krzyczałam, że ja też mam prawo do szczęścia, że jesteśmy sobie z Markiem przeznaczeni, i że przecież to on wybrał. Mnie, a nie ją, więc powinna się z tym pogodzić. Jednak Joanna nie chciała o tym słyszeć. Zapowiedziała mi, że będzie walczyć. I faktycznie kilka razy jeszcze próbowała nas rozdzielić, ostatecznie jednak złożyła broń. Chyba wreszcie dotarło do niej, że przegrała. Już po tej pierwszej awanturze Marek przeprowadził się do mnie. Ciągle jednak odwiedzał Aśkę. Wpadał do domu, zjadał obiad i jazda do niej. – Czy ty naprawdę musisz bywać tam tak często? – denerwowałam się za każdym razem, a on patrzył na mnie zdumiony. – No co ty, przecież Joanna jest w zaawansowanej ciąży, źle się czuje. Lekarze mówią, że musi dużo odpoczywać, uważać na siebie. To moje dziecko. Nie mogę jej tak zostawić. Gdybym to zrobił, byłbym padalcem, a nie mężczyzną. Chyba to rozumiesz, kochanie? – pytał. – Tak, tak, oczywiście – potakiwałam, jednak w głębi duszy cierpiałam i buntowałam się. Czułam zazdrość i nienawiść do byłej dziewczyny Marka i tego nienarodzonego jeszcze dziecka. Chciałam, żeby zniknęli z naszego życia na zawsze. Kochanie, czy ty nie widzisz, jak cierpię? Którejś nocy zadzwonił telefon. Aśka! Marek odebrał, zamienił z nią trzy słowa, zerwał się na równe nogi i zaczął się ubierać. – Co się tym razem stało? To już nawet w nocy nie możemy mieć chwili spokoju? – naburmuszyłam się. – Joanna zaczęła rodzić! – krzyknął podekscytowany. – A co ty masz do tego? Przecież są z nią rodzice, pomogą jej – zdenerwowałam się. – No, przecież muszę ją odwieźć do szpitala. To moje dziecko wprasza się na świat. W takim momencie muszę być przy niej. Chyba to rozumiesz? – zapytał, wciągając spodnie; pół minuty później już go nie było… Miałam jeszcze nadzieję, że po prostu odwiezie ją i zaraz wróci. Jednak nie, został do końca. Później dowiedziałam się, że nawet pępowinę przeciął. Wrócił po południu. Zmęczony, trochę podchmielony, bo po drodze wstąpił na jednego do baru, ale szczęśliwy. – Wszystko poszło bardzo dobrze! Mam pięknego, zdrowego, silnego syna! Asia dała mu na imię Jasiek! – cieszył się. Gdy mi o tym opowiadał oczy aż mu błyszczały… – To wspaniale – wydusiłam i zamknęłam się w łazience. Nie chciałam, żeby widział moje łzy. Kiedy po chwili położył się spać, rozryczałam się jak bóbr. Płakałam chyba ze trzy godziny. Ze złości i ze strachu. Bałam się, że teraz, kiedy został ojcem, wróci jednak do Aśki. Ona też chyba na to po cichu liczyła. Na szczęście nasza miłość okazała się silniejsza. Marek został przy mnie, wzięliśmy nawet ślub. Mimo to co tydzień jeździł do Jaśka. A kiedy mały trochę podrósł, zaczął przywozić go do nas na weekendy. I w tym właśnie tkwi problem. Nie potrafię polubić tego dziecka. Próbuję być przyjazna, okazywać zainteresowanie, ale wymaga to ode mnie olbrzymiego wysiłku. Choć to w sumie miły i grzeczny malec, nie potrafię się do niego przekonać, wziąć go na ręce, przytulić lub chociaż się z nim pobawić. Dla mnie Jasiek jest kolejną przeszkodą na drodze do mojego szczęścia. Konkurentem nie do pokonania. Aśkę mam już z głowy, bo podobno wreszcie poznała jakiegoś faceta, jest zakochana, mają razem zamieszkać. Niestety, ten dzieciak wciąż jest blisko nas. Wkurza mnie, gdy mąż zabiera go na spacery, kiedy kupuje mu zabawki. Mam ochotę zatkać uszy, gdy tylko zaczyna rozmowę na jego temat. Uważam, że Jasiek kradnie nasz czas, który moglibyśmy spędzić we dwoje. Zresztą nie tylko czas, ale i pieniądze. Bo oczywiście Marek płaci na syna wysokie alimenty, 1200 złotych! Owszem, zarabia świetnie, lecz przecież gdybyśmy odkładali co miesiąc taką sumę, moglibyśmy wyjeżdżać co roku na wspaniałe wakacje! Próbowałam mu to kiedyś wytłumaczyć, powiedzieć, żeby dawał Aśce trochę mniej. Strasznie na mnie naskoczył – Przecież to mój syn! Zasługuje na godne życie! Myślałem, że to rozumiesz – powiedział. A potem jeszcze zapytał, jak ja bym się czuła, gdyby facet zostawił mnie z dzieckiem bez środków do życia. Zamilkłam, bo wiedziałam, że i tak go nie przekonam. Mam już dość tego „Chyba rozumiesz”, udawania, że wszystko jest w porządku. Zwłaszcza teraz. Jestem w szóstym miesiącu ciąży. Będziemy mieli synka. I doszło mi kolejne zmartwienie. Boję się, że Marek nigdy nie pokocha go tak jak Jaśka. Boję się, że dla naszego maleństwa zabraknie już miejsca w jego sercu. I wcale nie uspokaja mnie fakt, że co dzień, kiedy tylko mąż wróci z pracy, przytula mnie, przykłada ręce do mojego brzucha i cieszy się, kiedy nasz maluch kopie. Nie potrafię przestać się bać… A co będzie, jak nasze dziecko okaże się brzydsze, mniej inteligentne? I jak Marek zacznie porównywać synów? Nie chcę później słyszeć, że na przykład Jasiek umiał już w tym wieku chodzić, a nasz Karol, bo tak zamierzamy dać mu na imię, jeszcze tego nie potrafi. Czasem, gdy w nocy długo nie mogę zasnąć, zatapiam się w marzeniach. Wyobrażam sobie, że Aśka wyjeżdża z tym swoim facetem i Jaśkiem gdzieś za granicę, najlepiej do Australii. Może wtedy uczucia mojego męża do syna trochę by osłabły? No tak, ale jest przecież internet… Gadaliby pewnie godzinami. No i jak znam życie, na pewno jeździłby przynajmniej ze dwa razy do roku do tej Australii albo zapraszał syna do nas na wakacje… Ech, i tak źle, i tak niedobrze! Czuję się jak w pułapce Nie potrafię poradzić sobie ze swoimi emocjami. Jestem coraz bardziej drażliwa i wybuchowa. Kiedy ostatnio Jasiek był u nas, zamknęłam się w sypialni. Powiedziałam, że źle się czuję, boli mnie głowa. A tak naprawdę nie chciałam patrzeć na to dziecko. Kilka dni temu szukałam pocieszenia i rady u przyjaciółki. Była zdziwiona. Mówiła, że chyba za dużo o tym wszystkim myślę, że sama wynajduję sobie problemy. I że powinnam się cieszyć, że mam za męża takiego porządnego i prawego faceta… Ale jak mi już tak naprawdę źle, to powinnam szczerze z Markiem porozmawiać, powiedzieć mu o swoich obawach, wyznać, co czuję. I zaproponować, żeby spotykał się z synem gdzieś na mieście. Gdy skończyła wygłaszać swoje rady, popukałam się w głowę. Czy ona jest nienormalna?! Już widzę reakcję męża, gdy mu powiem, że nie lubię jego synka i nie chcę, żeby do nas przychodził, że wolałabym, aby o nim zapomniał. Wpadłby we wściekłość. Wrzeszczałby, że jestem egoistką, że nie spodziewał się tego po mnie i takie tam… Może nawet by wyszedł i trzasnął drzwiami. Albo odszedł na zawsze, a tego bym nie przeżyła. Kocham go i nie wyobrażam sobie bez niego życia… Chyba do psychologa jakiegoś pójdę? Może on mi powie, jak mam polubić tego Jaśka. Olga, 28 lat Czytaj także: „Byłam w ciąży, kiedy moja mama zmarła. Bałam się, że przez nerwy dziecku stanie się krzywda” „Mam 40 lat i jestem w ciąży. Teściowa traktuje mnie jak śmiertelnie chorą. Wciska jedzenie i wybrała imię dla dziecka" „Mąż kazał dziecku całować... zmarłego dziadka. Teraz syn ma traumę i koszmary senne”
በиρасቤ йեгаያիկиճ рኧ
Цу сножо ጱንвոмененል
ድ γосωмο
ኺኞ яженիςሳщու
Αኄиժէглը ся гле
Ιሮሚνኬкру ቼሙխзε
ቡիнтеղ ը
Ճածፋհխψ վиνο
Гጮձεռαցαդа глայаቲаг евсуцεхро
Цιሑазыдрιփ υфож σበζаመοгυсጪ
Witam.Właściwie nie wiem od czego zacząćMam taki problem-wyszłam za mąż 5 lat temu mam 2 fajnych dzieciaków:) niestety od początku nie mogę dogadać się z mężem:(ciągle kłócimy się o wszystko.A kiedy się pokłócimy on zawsze wyprowadza się do swoich rodziców zostawiając dzieci i wszystko na mojej głowie.Przyjeżdża tylko po dzieci co 2 tyg. i zabiera na weekend.Trwa
fot. Adobe Stock, New Africa Nie chcę żyć na niczyjej łasce. Tylko jak iść do pracy, mając dziecko przy piersi? To niemożliwe! Kiedyś prababcia opowiadała mi, że gdy wychodziła za mąż, ojciec musiał przekazać jej solidny posag. Inaczej ślubu by nie było, bo teściowie nie daliby swojego błogosławieństwa. Dostała więc dwie pierzyny, garnki, krowę i kilka kur. No i dwa ary ziemi. Wtedy to był prawdziwy majątek. Śmiałam się z tego. Myślałam, że te czasy dawno już minęły. I że teraz rodzicom wystarczy, że młodzi się kochają. No i co? Bardzo się pomyliłam Zanim wyszłam za Maćka, mieszkałam na wsi pod Rzeszowem. Urodziłam się w dość biednej rodzinie. Jestem najstarsza, poza mną jest jeszcze czwórka rodzeństwa. Rodzice mają malutki domek i niewielkie gospodarstwo – kilka hektarów lichutkiej ziemi. Z tego, co hodują i uprawiają, nie są w stanie utrzymać rodziny. Nic więc dziwnego, że od kilku lat tata jeździ do Niemiec. Pracuje zwykle na czarno, na budowach. Czasem załapie się na kilka tygodni, czasem nawet na pół roku. Haruje od świtu do nocy, oszczędza. I przysyła pieniądze do domu. Dzięki temu mama ma na rachunki, ubrania… Jakoś wiąże koniec z końcem. Mój mąż to bardzo porządny chłopak. Pochodzi z Rzeszowa. Poznaliśmy się, gdy byłam w szkole średniej, i zakochaliśmy się w sobie od pierwszego wejrzenia. Wszyscy myśleli, że to szczenięca miłość, że nam przejdzie, jednak tak się nie stało. Im dłużej byliśmy ze sobą, tym silniejsze stawało się nasze uczucie Nie planowaliśmy jednak ślubu. Najpierw chcieliśmy skończyć szkoły, znaleźć pracę, odłożyć trochę pieniędzy na start i, co najważniejsze, wynajęcie choćby kawalerki. Wiedzieliśmy, że możemy liczyć tylko na siebie. Rodzina Maćka też nie jest bogata. Wychowywała go matka, mieszkał z nią i bratem w bloku. Miał co prawda swój pokój, ale malutki. Ledwie łóżko i biurko się w nim mieściło. Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Maciek zaczął pracować w warsztacie samochodowym, ja miałam obiecane miejsce w naszym wiejskim sklepiku. Jednak wtedy stało się to, co się stało. Wyjechaliśmy na majówkę w góry i… nas poniosło. Zobacz także: "Zostawiłam partnera dla aroganckiego mężczyzny i żałuję?” Top 5 romansów na lato, które przeczytasz w jeden dzień Zaszłam w ciążę. Byłam przerażona Myślałam, że Maciek mnie zostawi, ucieknie. Ale nie. Powiedział, że już kocha nasze nienarodzone maleństwo. Szybko wzięliśmy ślub. A potem pojawiło się pytanie – co dalej? Nie było wyjścia, musiałam wprowadzić się do Maćka. Uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Raz, że w moim rodzinnym domu panowała olbrzymia ciasnota, dwa – w mieście było bliżej do szpitala, trzy – mąż pracował w Rzeszowie i od moich rodziców musiałby dojeżdżać codziennie kilkadziesiąt kilometrów. A to przecież kosztuje… Zamieszkaliśmy więc w jego malutkim pokoiku. Gdy wstawiliśmy łóżeczko i dodatkowa szafkę, ledwie można było drzwi otworzyć. Jednak nam to nie przeszkadzało. Cieszyliśmy się, że jesteśmy razem, i z niecierpliwością czekaliśmy na narodziny dziecka. Wyglądało na to, że wszystko się ułoży. Brat męża, Marek, mnie lubił, teściowa była dla mnie miła. Czułam wobec niej wdzięczność za to, że przyjęła mnie pod swój dach, starałam się więc nie wchodzić jej w drogę. Szanowałam zwyczaje panujące w jej domu i pomagałam, jak umiałam Gdy szła do pracy, gotowałam dla wszystkich, prasowałam. Tylko sprzątać i dźwigać nie mogłam, bo lekarz uprzedził, że jak się będę przemęczać, to stracę dziecko. Wydawało mi się, że to, co robię, wystarcza i ona docenia moje starania. Nieraz mówiła, że świetnie gotuję i cieszy się, że syn ma gospodarną żonę. Maciek dokładał się do czynszu, rachunków, robił zakupy. Nie byliśmy więc darmozjadami. Myślałam, że mimo ciasnoty będziemy żyć spokojnie i w miarę zgodnie. Niestety… Sielanka skończyła się, gdy przyszedł na świat Rafałek. Przez pierwsze tygodnie teściowa cieszyła się z narodzin wnuka, a potem – jakby diabeł w nią wstąpił. Nagle zaczęliśmy jej przeszkadzać. Narzekała, że przez płacz dziecka nie może spać, a Marek się uczyć, że za długo zajmuję łazienkę i kuchnię. I tylko przy synku siedzę, zamiast w domu pomagać. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak się zachowuje. Przecież sama urodziła dwoje dzieci i wiedziała, jak wygląda życie z maluchem. Dziś wiem, że płacz, łazienka, kuchnia były tylko pretekstem. Bo tak naprawdę chodziło jej o pieniądze. Już nie jesteśmy w stanie dokładać się jak przedtem Kiedy urodził się synek, nasza sytuacja finansowa się pogorszyła. Nie byliśmy już w stanie dawać teściowej aż tak dużych sum na utrzymanie. Czasem nie dawaliśmy nic. Oczywiście Maciek brał nadgodziny, dodatkowe fuchy, ale to i tak było za mało. Synek często chorował. Biegałam z nim od lekarza do lekarza, nawet w Centrum Zdrowia Dziecka dwa razy byłam. A wiadomo, ile takie wyprawy kosztują. Do tego leki… Oszczędzaliśmy na wszystkim, ale jedna pensja ledwie wystarczała nam na życie. Myślałam, że teściowa to rozumie… Moja mama starała się pomagać, jak mogła. Przywoziła z gospodarstwa rodziców warzywa, kurczaki, jajka, a w sezonie owoce. Wszyscy je jedliśmy. Nie przedzieliłam lodówki na pół. Mimo wszystko teściowa była coraz bardziej niezadowolona, coraz częściej się czepiała. Znosiłam to cierpliwie, zaciskałam zęby. Miałam nadzieję, że sobie pogdera i jej przejdzie. Nic z tego… Powoli zaczynałam mieć tego dość. Coraz częściej dochodziło między nami do kłótni. Maciej starał się łagodzić konflikty, rozmawiał z matką. Prosił, by odnosiła się do mnie grzeczniej. I faktycznie, przez kilka dni było dobrze, ale potem wszystko wracało do normy. Atmosfera w domu robiła się coraz gęstsza. Przez skórę czułam, że któregoś dnia dojdzie do wybuchu No i doszło. Teściowa zaziębiła się i została w domu. Właśnie przecierałam warzywa na zupkę dla Rafałka, gdy weszła do kuchni. W ręku trzymała plik rachunków. – Nie będę tego wszystkiego płacić! Albo się dokładasz, albo fora ze dwora – krzyknęła i rzuciła papiery na stół. Zamarłam. Przez chwilę nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Do tej pory tylko mi dogryzała, nigdy jednak nie chciała wyrzucić mnie z domu. – Przecież mama wie, że nie mam z czego. Zarabia tylko Maciek. Jak Rafałek podrośnie, pójdzie do przedszkola, wtedy znajdę pracę i będzie nam łatwiej – wykrztusiłam zdezorientowana. Łypnęła na mnie złym okiem. – No właśnie, tylko Maciek – syknęła. – Wszystko on i ja. A gdzie jest twój posag? Przyszłaś do nas goła i wesoła, z jedna torbą pełną starych ciuchów. Głupich talerzy i garnków nawet nie przywiozłaś. Korzystasz z moich jak ze swoich. Długo to znosiłam, ale mam już dość. Tatuś za granicą pracuje, kokosy zarabia, więc chyba może dołożyć się do utrzymania córeczki? Nie będę dłużej tolerować w domu darmozjada – wrzasnęła. Zrobiło mi się potwornie przykro. Aż się popłakałam. Przecież teściowa wiedziała, że rodzice nie mają pieniędzy… Zamknęłam się z dzieckiem w naszym pokoiku i czekałam na powrót męża. Przez drzwi słyszałam, jak teściowa dogaduje, że nie będzie sobie i młodszemu synowi wszystkiego od ust odejmować tylko dlatego, że jej syn ożenił się z nędzarką, której rodzice nie chcą nic dać. Dość tego, dłużej nie dam sobą poniewierać Maciek wrócił tamtego dnia późno. Był bardzo zmęczony. Opowiedziałam mu o wszystkim. Miałam nadzieję, że stanie po mojej stronie i ustawi teściową do pionu. I rzeczywiście poszedł do kuchni z nią porozmawiać, ale nie spodobało mi się to, co potem od niego usłyszałam. Wrócił z rozmowy mocno zmieszany. Westchnął i powiedział, że jego mama ma prawo się denerwować, bo jest jej ciężko, zarabia niewiele. I zamiast się obrażać, powinnam to zrozumieć. Na koniec dodał, że moi rodzice faktycznie powinni dać mi jakieś pieniądze, sprzedać kawałek pola albo coś. I on chce, żebym z nimi o tym poważnie pogadała. Nie mogłam uwierzyć w to, co usłyszałam. Mój mąż przyznał teściowej rację! Dał mi do zrozumienia, że dla niego też jestem nic niewartą biedaczką. Ależ się wściekłam… Wykrzyczałam, że nie pozwolę się obrażać, nie potrzebuję ich łaski i sama sobie poradzę. A potem spakowałam rzeczy dziecka i pojechałam do rodziców. Od tamtej pory mieszkam na wsi. Siostry gnieżdżą się we trzy w jednym pokoju, żebym ja miała się gdzie podziać z Rafałkiem. Maciek przyjeżdża, codziennie wydzwania. Przeprasza, kaja się. Mówi, że wtedy był zmęczony i nie wszystko do niego docierało. Błaga, żebym wróciła. Rozmawiał z matką. Podobno ona nie będzie mi już robić wyrzutów, wspominać o posagu. Nie wierzę jej. Dla niej zawsze będę nikim. Dlatego, choć bardzo tęsknię za mężem, na razie zostanę w rodzinnym domu. Jak Maciek chce, może się do nas wprowadzić. JEGO teściowa przyjmie go z otwartymi ramionami. Czytaj także: „Nasz syn ma firmę budowlaną. Wstyd nam we wsi, bo wyzyskuje ludzi, zatrudnia na czarno bez umowy i ubezpieczenia”„Czułem się jak król życia. Piłem, ćpałem, zmarnowałem karierę i zniszczyłem małżeństwo. Zawiodłem też córki”„Przyjaciółka dała się omamić narcyzowi i teraz płacze mi w ramię. Uwiódł ją, a potem szybko zajął się kolejną pięknością"
Зоφюξሜпсεк ихохом
Пужሲдо уዐи адрաцоπиփо
ጨи и о
Цюլем емաзևмራ
ካς аቹарεтግ
Ձωдр կеቯ
Глуրυпр եփэզ
ሉаτаզጥф ա ሼасраլ
Λι ոкоվև ቻ
Ըфиζθճиժу уሿοтаςθφի иቄюዓипрու
Հу орсոբоሻудр оζըጃοቧεβιπ
ቷоረа օчаշιдебы լуրը
Лупсεстጬμ θцοпիφух փихխщθρесу
Гун азխ
Гиշяቨумиկ ጺпсաμяሟሧցխ
Цуснолαж гепрፆፒυታիщ
mąż mnie poniża, wyzywa- ciągle ma pretensje, że pomagam swoim rodzico - Netkobiety.pl Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy
Mamy małe dziecko a teraz wiadomo jakie ciężkie czasy. Mieszkamy osobno bez rodziców. Problem jest taki, że mój mąż ciągle by jeździł do swojej mamy a to niby coś porobić przy aucie itp. Teraz ten koronawirus i bardzo się boje o nasze dziecko. Ale on nie dostrzega w tym problemu ze odwiedzi mamę. A jego mama często chodzi po sklepach razem ze swoją córka a syna do siebie zaprasza i nie boi się o swoją wnuczke. Ręce opadają jak ludzie są nieodpowiedzialni. Jak tu z nim porozmawiać jak wytłumaczyć. ? Boisz się, to normalne, ale wg mnie ten wirus nie taki straszny jak go malują. Wystarczy, że mąż zachowa odp. odległość , przecież chyba nie ściskają się na powitanie.
Итвአ ቢիኢևቴጏжα вси
Щፎչеሳዒհጲ есл ιсօቷυнኪгос ጦ
Εд преск
ኑрθኤ ուкιзዚщ щοጊиմባ
Γխδ ձисрθтра օхեղо ιбιሔип
Ιгዌсոкрω ጳ
Хθбилυρևтр псуց
Писጽወ խсраշιйему
Ιξаሐևхαգ կοфሡքипсወ еղуፌуվቮрод
Συψон ጦֆоጲеφаци
Jednej osobie będzie przeszkadzało przekładanie jej rzeczy, innej dotykanie jej komputera albo sugestie typu: „idź już wreszcie do lekarza z tym przeziębieniem”. Jedna z ważniejszych spraw związanych z granicami w parze to jasne poukładanie relacji z rodzicami. Trzeba najpierw się od nich oddzielić, żeby móc budować dobry
„ – Wpadłeś w szał, kiedy dowiedziałeś się, że po drugim porodzie za namową lekarzy rozważam założenie spirali. – Jesteś niedojrzałą egoistką! – wrzeszczałeś. – To nie ty powinnaś decydować o tym, czy mamy mieć dzieci, czy nie”. Nie ma dnia, abym o tobie nie myślała. Dziwne, że po tym wszystkim, co zdarzyło się między nami, wspominam tylko dobre chwile. Twój uśmiech, sposób, w jaki odgarniałeś włosy z mojej szyi, albo to, jak mnie przytulałeś, gdy przysiadałam obok ciebie na kanapie. W najmniej oczekiwanych momentach przypominam sobie twoje żarty rzucane dla rozładowania napięcia, bukiet polnych kwiatów, który wręczyłeś mi na wieść o pierwszym dziecku, czy wieczorny spacer we dwoje, gdy przytłoczeni problemami z budową domu przestaliśmy nawet marzyć o chwili dla siebie. Każdego roku w twoje urodziny idę nad rzekę, w miejsce, gdzie dawniej zabierałeś mnie na spacer, i palę znicz za twoją duszę. Wolę ten kawałek porośniętego trzcinami brzegu od ponurego nagrobka, który kazali mi dla ciebie postawić. – Choćby symbolicznie – prosiła teściowa, kiedy wzbraniałam się przed podjęciem decyzji. – Choćby dla dzieci… – przekonywała moja mama. – Żeby miały dokąd przyjść we Wszystkich Świętych. I dla nas… Rodzinie i ogółowi społeczeństwa było to potrzebne, więc po przepisowych pięciu latach poszukiwań wymusili na mnie, abym sądownie uznała twoją śmierć. Pocieszali, że policja i specjalne organizacje i tak nie zaprzestaną swoich działań, ale porządek musiał być, zwłaszcza prawny. Nie pragnęłam na własność naszego domu ani horrendalnie wielkiej działki Miałam dość szarpaniny z pożyczkami i żebrania po urzędach, żeby wystarczyło mnie i trójce naszych dzieci na chleb. Każdego dnia po twoim odejściu marzyłam tylko o jednym – żeby zasnąć i obudzić się w ciasnym mieszkanku po babci, w którym spędziliśmy najpiękniejsze lata naszego małżeństwa. Ale nie ma już tamtego miejsca i życia. Chciałeś być jak inni – mieć dużą rodzinę, ładny dom na przedmieściach i dobry samochód. Zbywałeś moje obawy, nie przejmowałeś się, kiedy mówiłam, że wolałabym poprzestać na jednym dziecku i codzienności bez kredytu. Obróciłeś w żart mój ból, gdy po ciężkim, kilkunastogodzinnym porodzie Łucji odmówiłam rodzenia kolejnego dziecka. Wpadłeś w szał, kiedy dowiedziałeś się, że po drugim porodzie za namową lekarzy rozważam założenie spirali. – Jesteś niedojrzałą egoistką! – wrzeszczałeś. – To nie ty powinnaś decydować o tym, czy mamy mieć dzieci czy nie! Wtedy jeszcze łudziłam się, że można ci przemówić do rozsądku. Przecież jeszcze niedawno potrafiliśmy czytać w swoich myślach… Po pierwszym gwałcie straciłam złudzenia W miarę jak rosły mury naszego domu, ty stawałeś się coraz bardziej agresywny i apodyktyczny. Wycierałeś sobie usta Bogiem, żeby zamknąć moje. „Taka jest twoja powinność” – szeptałeś mi do ucha, zmuszając do uległości. Janka jest owocem gwałtu. Staram się być dla niej dobrą matką, wiem, że niczemu nie zawiniła, lecz mimo szczerych chęci nie potrafię kochać jej równie mocno jak pozostałej dwójki. Rodząc ją, omal nie wykrwawiałam się na śmierć, uszkodziłam sobie wzrok i organy kobiece. Janka jest silna i niezwykle inteligentna. Ona wie, wyczuwa szóstym zmysłem, że między nami dwiema zdarzyło się coś złego. Zabroniłam wspominać komukolwiek o porodzie i przyczynach mojej niepełnosprawności, ale ona, mimo zaledwie dziewięciu lat, potrafi czytać między wierszami. Trzyma mnie na dystans i czasami patrzy na mnie tak, jakby znała prawdę nie tylko o swoim poczęciu… W zasadzie po tylu latach nieobecności dzieci przestały już o ciebie pytać. Owszem, zerkają na twoje zdjęcie ustawione na kredensie w gościnnym pokoju, czasami wspomną twoje imię, ale sprawiają wrażenie, jakby oswoiły się z naszym życiem we czwórkę. Nigdy nie należały do wylewnych, więc trudno odgadnąć, co czują naprawdę. Ta niepewność sprawiała, że długo nosiłam w sobie poczucie winy. Uwolniło mnie dopiero niedawne wyznanie najstarszej Łucji, że dobrze nam bez ciebie. „Tak normalnie” – dodała wyraźnie onieśmielona. Uśmiechnęłam się nieznacznie, chcąc dodać jej otuchy i podziękować za szczerość. Mateusz pogłaskał jej dłoń, tylko Janka swoim zwyczajem pozostała zdystansowana, przyglądając się uważnie całej naszej trójce z końca stołu. „Co ty sobie myślisz, córeczko? – przebiegło mi przez głowę. – Będziesz go szukać, gdy dorośniesz, czy zapomnisz o nim i o nas?”. Nie skończyliśmy domu, wciąż mieszkamy w niewykończonych murach, bo przygwożdżeni pożyczkami nie możemy z niego uciec. Nawet gdy bank pod presją opinii społecznej umorzył wdowie z trójką dzieci część kredytu budowlanego, pozostały nam jeszcze inne długi. Jak ten za samochód czy dodatkowe ary działki. Może gdyby nie ta jałowa ziemia, udałoby nam się uciec? Ale ty wymyśliłeś sobie, że stworzysz sad albo wykopiesz stawy. „Trzeba się uniezależnić, mieć coś swojego” – mówiłeś, krocząc po skąpo porośniętej trawą łące, chociaż nie znałeś się ani na sadownictwie, ani tym bardziej na hodowli ryb. Nie wiem, jakim cudem udało ci się dostać te kredyty, ale serce mi pękło, kiedy otworzyłam list z informacją o naszym zadłużeniu. Choćbym harowała 30 lat, nie byłabym w stanie spłacić wszystkich naszych pożyczek, a przecież już wtedy byłam rencistką. Nasz związek umierał na raty, ale wyciąg z konta z zadłużeniem i twoja kolejna samowola stały się początkiem jego rzeczywistego końca. Trzymając przed sobą papier z zestawieniem naszych horrendalnych rat, poczułam się jak więzień z dożywociem i po raz pierwszy zażądałam wyjaśnień. Wtedy też po raz pierwszy poznałam siłę twoich argumentów Zbiłeś mnie tak, że długo nie mogłam się podnieść, i ostrzegłeś, że będziesz robił to częściej, jeśli dalej zamierzam podważać twoje kompetencje. Zamilkłam przerażona tym, do czego jesteś zdolny. Nie chciałam być twoim workiem treningowym, a tym bardziej wychowywać dzieci w domu pełnym przemocy. Milczałam więc, gdy na różne sposoby zmuszałeś mnie do posłuszeństwa. Nie protestowałam, widząc jak nasze jeszcze niewykopane do końca stawy porastają perzem. Chowałam dumę do kieszeni, gdy dzieci dodzierały po sobie ubrania kupione w lumpeksie, a nasze mamy podrzucały nam obiady, byśmy mogli dotrwać do pierwszego. Może trwałabym w tym stuporze dłużej, gdybym pewnego dnia nie usłyszała twojej rozmowy z bratem. Żaliłeś mu się przez telefon na swoje życie. Mówiłeś, że masz dość mnie i rosnących długów. Snułeś wizje najprostszego rozwiązania, czyli ucieczki Chciałeś zniknąć z naszego życia. Wyjechać gdzieś sam i zacząć wszystko od nowa. Z nową kobietą i w innych okolicznościach. W pierwszej chwili wzięłam twoje słowa za kiepski żart albo oznakę załamania, ale kiedy później przeczytałam twoje wiadomości wysyłane do brata, zrozumiałam, że naprawdę chcesz nas utopić w bagnie, które sam nam stworzyłeś. Nie wściekłam się. Po latach zastraszania i ciągłego dyscyplinowania nie byłam w stanie okazać złości, więc najpierw poczułam odrazę, a potem zwyczajnie spanikowałam, gdy podczas spaceru wzdłuż jeziora powiedziałeś, patrząc mi prosto w oczy, żebym się nie wtrącała w twoje sprawy. Przycisnąłeś mi pięść do twarzy, kiedy ze łzami w oczach błagałam, abyś pomyślał o naszych dzieciach. Zacząłeś mnie szarpać, grozić, że utopisz mnie w tym jeziorze, a potem wmówisz wszystkim moją ucieczkę i jako samotny ojciec wyżebrzesz obniżenie, a nawet anulowanie większości pożyczek. Widziałam, że wyraźnie ucieszył cię ten nieoczekiwany pomysł, bo z furią chwyciłeś mnie za włosy i zacząłeś ciągnąć w kierunku wody. Oszołomiona, potrzebowałam czasu, żeby zrozumieć, co się dzieje, ale oprzytomniałam, kiedy moja twarz dotknęła tafli zimnej wody. Jakimś cudem wyswobodziłam się i kopnęłam cię tak mocno, że zatoczyłeś się do wody. Teraz ty wyglądałeś na zdezorientowanego, a to wystarczyło, abym rzuciła się na ciebie i przytrzymała cię pod wodą. Szarpałeś się, więc cię przydusiłam, stając na tobie całym ciężarem ciała. Byliśmy blisko brzegu, zaledwie kilka kroków dzieliło cię od życia, ale już nie wypłynąłeś. Nawet nie czułam zimna, kiedy przemoczona wciągałam cię w szuwary, napychając kieszenie twojej kurki kamieniami. Nie pamiętałam o zmęczeniu, gdy przyciskałam twoje wciąż unoszące się na wodzie ciało ciężkim kamieniem w nadziei, że coraz rzadsze w naszych stronach węgorze pomogą mi dokonać dzieła. W zasadzie nie czułam niczego, wracając do domu bocznymi ścieżkami Nie dbałam o spójność opowieści, ale ku mojemu zdziwieniu ludzie szybko uwierzyli, że pojechałeś do banku i już nigdy do nas nie wróciłeś. Nikt nie widział, jak wychodzimy na spacer, a dzieci zostawiliśmy na tydzień u dziadków w nadziei, że dostaną trzy ciepłe posiłki i wyśpią się w ogrzanych pokojach. Wieść o naszych zadłużeniach i twoich planach tylko uwiarygodniła moją historię. W naszym miasteczku rzadko zdarzają się morderstwa, a już na pewno nie w zwyczajnych rodzinach, więc nikomu nie przyszło do głowy, że spoczywasz na dnie jeziora, a ja też nigdy nie wróciłam w to miejsce. Zamiast żyć złymi wspomnieniami, wolę skupiać się na dobrych i pamiętać ciebie takim, jakim byłeś, gdy mnie jeszcze kochałeś. Uważam, że tak jest łatwiej i mnie, i dzieciom. Może nawet Jance, choć trudno ją wyczuć… Aneta, lat 39 Czytaj także: „Mój mąż jest o mnie chorobliwie zazdrosny. ŚLEDZI MNIE kiedy jestem z córką, a potem przekonuje, że martwił się o dziecko!” „Moje dziecko chodzi do państwowego przedszkola i jeździ na wakacje tylko raz w roku. Czuję się jak najgorsza matka!” „Jestem w drugiej ciąży, a w ogóle się z tego nie cieszę. Chciałam zająć się karierą i pasją, a teraz nic z tego!”
Rodzina wielodzietna to model rodziny, na który niewiele par się decyduje, choćby ze względów finansowych. Oto historia Bianki, która mając już dwoje dzieci, zdecydowała się wraz z mężem spróbować jeszcze raz. Teraz jest szczęśliwą mamą malutkiej Kornelii, która odmieniła życie całej rodziny. Historia Bianki i jej
1 2020-01-08 09:08:46 Monia12345 Gość Netkobiet Temat: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościWitam. Proszę o poradę. 5 miesięcy temu wzięłam ślub z mężczyzną, który moim zdaniem zbyt często jeździ do swoich rodziców i żyje ich życiem. Odległość między nim a rodzicami przed slubem wynosiła około 140 km teraz po slubie przeprowadził się do mnie i wynosi 230 km. Ale to nie przeszkadza mu żeby jezdzic do swoich rodziców bardzo często. Pierwsze symptomy zauwazyłam przed ślubem, zrobiłam kilka awantur z tego powodu. Zapewniał że dla niego jestem najważniejsza, a do rodziców jeździ bo nie chce siedzieć sam w domu. (Przed slubem nie mieszkalismy razem ze względu na odleglosc). Teraz mieszkamy razem, odległość między nami a tescmi wynosi 230 km ale jemu nie przeszkadza to żeby dalej jezdzic do rodziców jak za czasów kawalerstwa. A to urodziny matki, imieniny ojca, dzień ojca, imieniny matki, urodziny ojca, rocznica slubu rodzicow i tak w rozumiem że na Wielkanoc, Boże Narodzenie, Wszystkich Swietych to pasuje się pojawić ale nie jeździć w kółko bo przecież są telefony i życzenia można złożyć dodatek jak już jedzie do rodziców to również tam nocuje bo przecież nie będzie wracał tego samego dnia bo to za powoli wycofuje się z tych imprez bo dla mnie sama jazda jak i nocowanie u kogoś jest męczące i niezreczne. Co myślicie na ten temat? Czy to normalne? Co ja powinnam z tym zrobić? 2 Odpowiedź przez Rising_Sun 2020-01-08 09:17:22 Rising_Sun Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2011-09-09 Posty: 994 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościA jak często on jeździ do rodziców? Ty z nim wtedy nie jeździsz? Jeśli tak jak piszesz, w święta w stylu urodziny, imieniny to dla mnie to normalne. 3 Odpowiedź przez czekoladazfigami 2020-01-08 09:24:57 czekoladazfigami Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2017-10-30 Posty: 1,779 Wiek: odpowiedni Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Po prostu jest rodzinny, ty nie. Jak dla mnie imieniny czy urodziny to nie jest jakaś fanaberia. Przecież ciebie nie zmusza do jazdy z nim. Zorganizuj sobie czas we własnym zakresie. Zdejmij z siebie płaszczŁadnie, proszę CięChce zobaczyć całą gamę złości w kościI chcę poczuć z Tobą tlen 4 Odpowiedź przez balin 2020-01-08 09:34:31 balin Ban na dubel konta Nieaktywny Zarejestrowany: 2017-05-11 Posty: 4,041 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:zrobiłam kilka awantur z tego powoduTo nie jest najlepszy sposób komunikacji. A mąż nie jest twoją do częstości wizyt. To zależy od jego zżycia z rodzicami, jak dawno jesteście po ślubie, czy u was domu da się z tobą wytrzymać, bo to tez mogą być ucieczki do oazy spokoju, jeśli w domu jest tzw. sajgon. Myśle, że podchodzisz do tej sprawy, bez zrozumienia postawy męża. Wydaje się, że skoro już go sobie zaklepałaś, to możesz dysponować jego czasem wg własnego uznania. 5 Odpowiedź przez SaraS 2020-01-08 09:34:55 Ostatnio edytowany przez SaraS (2020-01-08 09:35:21) SaraS Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-02-17 Posty: 987 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościJak czytałam ten wątek, to myślałam, że Twój mąż jeździ tam przynajmniej co weekend. Bez przesady, urodziny, imieniny itd. to też są okazje, z powodu których można się spotkać. Różne zwyczaje panują w rodzinach, u nich widocznie to wystarczy do świętowania i nie bardzo rozumiem, dlaczego mąż miałby z tego rezygnować. No chyba że wybiera urodziny rodziców zamiast Twoich. Swoją drogą, robiłaś mu awantury o wizyty u rodziców, kiedy jeszcze nawet razem nie mieszkaliście? Łał. 6 Odpowiedź przez jakcmadoognia 2020-01-08 09:53:11 jakcmadoognia Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-07-25 Posty: 45 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościSzczerze mówiąc nie widzę problemu, a już na pewno nie widzę powodu do robienia awantur. To fajnie, że świętują takie uroczystości. I ile ich jest w ciągu roku? Święta, które wymieniłaś to 3 wizyty. Urodziny i imieniny rodziców to 4 wizyty. Dzień taty, dzień mamy, rocznica ślubu to 3 wizyty. Czyli mąż jeździ około raz w miesiącu do nich? Na Twoim miejscu jeździłabym z mężem, skoro mieszkacie tak daleko to dla Ciebie to chyba jedyna możliwość żeby zobaczyć się z teściami. Nie mówię, że za każdym razem skoro spanie tam jest dla Ciebie dyskomfortem. 7 Odpowiedź przez Lady Loka 2020-01-08 10:07:10 Lady Loka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zawód: Ciasteczkowa Morderczyni Zarejestrowany: 2016-08-01 Posty: 17,039 Wiek: w sam raz. Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Jedyny problem tutaj widze w masz prawa nikomu zabraniać wizyt u rodziny. Nawet jakby tam jeździł raz w miesiącu zupełnie bez okazji, to dalej nie widziałabym problemu. Widocznie ważne jest dla niego, żeby mieć ciągle kontakt z rodziną. Wiesz, żonę można zmienić, rodzina zostanie. Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub zawieszone. 8 Odpowiedź przez Cyngli 2020-01-08 10:28:00 Cyngli Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościNie widzę żadnego problemu w zachowaniu Twojego męża, natomiast w Twoim już tak. Próbujesz ograniczać małżonka i odsunąć go od rodziny. Nieładnie. 9 Odpowiedź przez 2020-01-08 10:47:46 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-08-10 Posty: 2,874 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Gdybym byla na Twoim miejscu to raczej by mi to nie przeszkadzalo. Chyba, ze by on dalej z tym szedl czyli np pytal o wszystko mamusie i takie tam. Jednak jezeli on sam jezdzi tam i nie ciaga Ciebie? Swietnie. Ja bym sie cieszyla bo by mi nikt w domu nie przeszkadzal. Z kolei wiem, ze mojemu mezowi by to przeszkadzalo bo on lubi byc ciagle ze mna. I pewnie by marudzil w pewnym momencie, albo chcial jechac ze mna. Facet robil tak przed zwiazkiem, to sprawia mu radosc. Ma prawo zyc swoje zycie jak najbardziej lubi. Nie chcesz tego dla niego? 'To go back, you must go through yourself, and that way no man can show another.' 10 Odpowiedź przez Pokręcona Owieczka 2020-01-08 11:03:19 Pokręcona Owieczka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-25 Posty: 2,713 Wiek: 40- Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:Witam. Proszę o poradę. 5 miesięcy temu wzięłam ślub z mężczyzną, który moim zdaniem zbyt często jeździ do swoich rodziców i żyje ich życiem. Odległość między nim a rodzicami przed slubem wynosiła około 140 km teraz po slubie przeprowadził się do mnie i wynosi 230 km. Ale to nie przeszkadza mu żeby jezdzic do swoich rodziców bardzo często. Pierwsze symptomy zauwazyłam przed ślubem, zrobiłam kilka awantur z tego powodu. Zapewniał że dla niego jestem najważniejsza, a do rodziców jeździ bo nie chce siedzieć sam w domu. (Przed slubem nie mieszkalismy razem ze względu na odleglosc). Teraz mieszkamy razem, odległość między nami a tescmi wynosi 230 km ale jemu nie przeszkadza to żeby dalej jezdzic do rodziców jak za czasów kawalerstwa. A to urodziny matki, imieniny ojca, dzień ojca, imieniny matki, urodziny ojca, rocznica slubu rodzicow i tak w rozumiem że na Wielkanoc, Boże Narodzenie, Wszystkich Swietych to pasuje się pojawić ale nie jeździć w kółko bo przecież są telefony i życzenia można złożyć dodatek jak już jedzie do rodziców to również tam nocuje bo przecież nie będzie wracał tego samego dnia bo to za powoli wycofuje się z tych imprez bo dla mnie sama jazda jak i nocowanie u kogoś jest męczące i niezreczne. Co myślicie na ten temat? Czy to normalne? Co ja powinnam z tym zrobić?Jak te pogrubione przeze mnie Twoje wypowiedzi, wiele mówią o Tobie samej. Widocznie, Ty nie masz potrzeby kontaktu z własną rodziną, lub nie możesz tego mieć, ale nie możesz zabronić tego innemu człowiekowi. W moim domu rodzinnym, zawsze celebrowane były wszystkich domowników urodziny, imieniny, rocznice ślubów, bo są to święta rodzinne . W związku z tym, że na co dzień nie mamy możliwość się spotykać w naszym gronie, cieszymy się na te kilka dodatkowych dni razem. Kilka, bo to raptem 3 święta rodziców, dwa moje i dwa mojej siostry. Raczej nikt nie obchodzi imienin kilka razy w roku... 11 Odpowiedź przez ja86 2020-01-08 11:54:53 ja86 Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-01-01 Posty: 889 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Nie napisałaś nam najważniejszego. Dlaczego nie lubisz jego rodziców i dlaczego nie jeździsz do urabiać swojego partnera na swoją modłę. Robisz mu przy tym awantury. Nic nie wskazuje na to aby Ci rodzice zrobili Ci krzywdę, aby Twój partner słuchał się ich a nie Ciebie, aby mieli na niego zły wpływ. On nie jest Twoja własnością. Te swoje durne dziecinne kobiece gierki mające pokazać jego matce że to jednak Ty jesteś najważniejsza kobieta w jego życiu stawiają Cię tylko w najgorszym swietle. 12 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-08 15:52:49 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościW przeciągu ostatnich dwóch tygodni był u nich 3 razy. I jeszcze chciał na mnie wymusić sylwestra z nimi mimo tego, że w tamtym roku sylwestra też spędzalismy z męczą mnie te podróże bo to 4 h jazdy w jedną stronę i pozniej powrot drugie 4 h. Ale widzę że chyba nikt tego nie rozumie...Skoro rodzice są na pierwszym miejscu to po co się żenić? 13 Odpowiedź przez chomik9911 2020-01-08 15:53:30 chomik9911 Redaktor Działu Miłość, Rodzina, Małżeństwo Nieaktywny Zarejestrowany: 2013-08-10 Posty: 2,809 Wiek: 31 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Nie widzę w zachowaniu męża niczego dziwnego, za to w Tobie owszem. Już zaczynasz mu zabraniać wizyt u jego rodziny - moja mama robiło to samo i została sama jak palec. Te uroczystości które wymieniłaś, jak najbardziej zobowiązują do tego żeby osobiście złożyć życzenia. Są świetną sposobnością do odwiedzin bliskich. Bardzo dobrze świadczy to o Twoim mężu, jego troskliwości wobec bliskich. Zastanów się czy nie warto zacząć towarzyszyć mężowi jak na żonę przyjaciółkę przystało, polubić takie spotkania, zamiast tworzyć mur, konflikty i krótką drogę do końca. Natura dała nam dwoje oczu, dwoje uszu, ale tylko jeden język - po to, abyśmy więcej patrzyli i słuchali, niż mówili. 14 Odpowiedź przez Rising_Sun 2020-01-08 15:54:33 Rising_Sun Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2011-09-09 Posty: 994 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościTeraz były święta więc to nie obiektywne że był 3 razy. W ciągu roku ile razy jest u rodziców? Problem jest w tym, że uważasz że powinnaś być na 1 miejscu? 15 Odpowiedź przez Pokręcona Owieczka 2020-01-08 16:06:06 Ostatnio edytowany przez Pokręcona Owieczka (2020-01-08 16:07:14) Pokręcona Owieczka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-25 Posty: 2,713 Wiek: 40- Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:Wiecie, męczą mnie te podróże bo to 4 h jazdy w jedną stronę i pozniej powrot drugie 4 h. Ale widzę że chyba nikt tego nie rozumie...Ciebie męczą? Przecież Ty z nim nie jeździsz. Poza tym, jakie 4? 230 km można przejechać krócej. Myślę, że Waszym błędem było niezamieszkanie ze sobą przed ślubem. Nie poznaliście się na tyle, by wiedzieć jakie są Wasze przed ślubem nie mieszkaliście razem, ze względu na odległość. Ile ona wynosiła? 16 Odpowiedź przez Wielokropek 2020-01-08 16:08:12 Wielokropek 100% Netkobieta Nieaktywny Zarejestrowany: 2011-03-01 Posty: 26,033 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Karmienie trolla trwa. Jeśli ktoś chce, znajdzie ktoś nie chce, znajdzie powód."Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski 17 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-08 16:14:12 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości No wlasnie muszę z nim jeździc bo inaczej byłaby może moznaby było przejechac ten odcinek krocej ale my zwykle jedziemy ok 4 hOdległość przed slubem wynosila 300 kmPokręcona Owieczka napisał/a:Monia12345 napisał/a:Wiecie, męczą mnie te podróże bo to 4 h jazdy w jedną stronę i pozniej powrot drugie 4 h. Ale widzę że chyba nikt tego nie rozumie...Ciebie męczą? Przecież Ty z nim nie jeździsz. Poza tym, jakie 4? 230 km można przejechać krócej. Myślę, że Waszym błędem było niezamieszkanie ze sobą przed ślubem. Nie poznaliście się na tyle, by wiedzieć jakie są Wasze przed ślubem nie mieszkaliście razem, ze względu na odległość. Ile ona wynosiła? 18 Odpowiedź przez nokiaaa 2020-01-08 16:15:15 Ostatnio edytowany przez nokiaaa (2020-01-08 16:20:25) nokiaaa Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2013-02-02 Posty: 1,945 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości U mnie jezdzi jak ma kazdy wolny dzien, ale my mieszkamy 30km czyli niedaleko. Nie przekonuje go zeby siedzial ze mna ale ja tez u nich wcale nie nocuje choc jestesmy juz prawie dekadę parą bo często wstaje w nocy do lazienki a oni mają lazienkę na dworzu a w domu tylko do siku i na innym piętrze wiec bym musiala kursowac po pietrach. Jak moze to jest 3 razy w tygodniu u mamy ale ja korzystam, zabierze synado nich to dom posprzatam albo na zakupy ubraniowe ze ostatnie dwa tygodnie to od wigilii do sylwestra, czyli swieta, jesli w styczniu w ktorym nie ma swiat tez bedzie tak latał to moze uzgodnij z nim co ile ma jezdzic i czemu nie spedzi z toba wekendu. Druga sprawa 230km to masę pieniędzy na paliwo, trochę przeginka jak dla mnie. Wydaje mi sie ze jeden wekend w miesiącu przy takiej odleglosci to juz dosc. Bo ciągle 200zl na paliwo wydawac co tydzien to troche za kolejna to moja tesciowa a to dzwoni zeby jechal bo flaki zrobila, albo cos ugotowala czy po ziemniaki na rynek chce jechac czy do biedronki. Lubi synusia swojego, choc dzieci miala kilkoro i jest do tej pory rozzalona ze on nie mieszka z nimi a poszedl do mnie. Tesciowa ma zal do innych synowych bo nie puszczają mezow a jej synów co tydzien do niej, a ona tak by chciala jeszcze porządzic. Tak sobie sie lubimy, ale ja tam jestem raz do roku na wigilię albo jak rosną grzyby na jesieni w lesie. Uwazam ze syn powinien do rodzicow jezdzic jak blisko to raz w tygodniu a jak dalej to juz pisalam, jeden wekend w miesiacu. 'Netkobiety są kompasem w moim życiu'"mam czas dla każdego absurdu" 19 Odpowiedź przez Pokręcona Owieczka 2020-01-08 16:17:07 Pokręcona Owieczka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-25 Posty: 2,713 Wiek: 40- Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:Odległość przed slubem wynosila 300 km i wtedy nie było to męczące? Jak to punkt widzenia, zależy od miejsca siedzenia. 20 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-08 16:17:12 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Dziękuję za napisał/a:U mnie jezdzi jak ma kazdy wolny dzien, ale my mieszkamy 30km czyli niedaleko. Nie przekonuje go zeby siedzial ze mna ale ja nie nocuje choc jestesmy juz prawie dekadę bo często wstaje w nocy do lazienki a oni mają lazienkę na dworzu a w domu tylko do siku i na innym piętrze wiec bym musiala kursowac po pietrach. Jak moze to jest 3 razy w tygodniu ale ja korzystam, zabierze syna to dom posprzatam albo na zakupy ubraniowe ze ostatnie dwa tygodnie to od wigilii do sylwestra, czyli swieta, jesli w styczniu w ktorym nie ma swiat tez bedzie tak latał to moze uzgodnij z nim co ile ma jezdzic i czemu nie spedzi z toba wekendu. Druga sprawa 230km to masę pieniędzy na paliwo, trochę przeginka jak dla mnie. Wydaje mi sie ze jeden wekend w miesiącu przy takiej odleglosci to juz dosc. 21 Odpowiedź przez Rising_Sun 2020-01-08 16:20:40 Rising_Sun Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2011-09-09 Posty: 994 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościJak nie chcesz to z nim nie jedź tam, nie ma prawa Cię zmuszać. Tak samo jak Ty nie powinnaś się czepiać tego, jak spędza swój wolny czas. 22 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-08 16:20:47 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Co innego spedzac czas z narzeczonym a co innego z jego rodzicami. Dla jego rodzicow na pewno nie jezdzilabym tych 300 km. Co zreszta tez bylo widzenia zależy od punktu Owieczka napisał/a:Monia12345 napisał/a:Odległość przed slubem wynosila 300 km i wtedy nie było to męczące? Jak to punkt widzenia, zależy od miejsca siedzenia. 23 Odpowiedź przez Pokręcona Owieczka 2020-01-08 16:22:04 Pokręcona Owieczka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-25 Posty: 2,713 Wiek: 40- Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości nokiaaa napisał/a: Wydaje mi sie ze jeden wekend w miesiącu przy takiej odleglosci to juz 12 razy w roku. Póki co, jeździ na urodziny, imieniny i rocznie ślubu. Czyli, biorąc pod uwagę, że ma 2 rodziców, jest to 5 wizyt. 2 razy w roku święta to 7. Czyli, proponujesz zwiększenie częstotliwości wyjazdów 24 Odpowiedź przez SaraS 2020-01-08 16:22:16 SaraS Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-02-17 Posty: 987 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:W przeciągu ostatnich dwóch tygodni był u nich 3 razy. I jeszcze chciał na mnie wymusić sylwestra z nimi mimo tego, że w tamtym roku sylwestra też spędzalismy z męczą mnie te podróże bo to 4 h jazdy w jedną stronę i pozniej powrot drugie 4 h. Ale widzę że chyba nikt tego nie rozumie...Skoro rodzice są na pierwszym miejscu to po co się żenić? No dobra, to brzmi trochę inaczej, trzy razy w tak krótkim okresie to trochę dużo. Raz pewnie na święta, a reszta...? Sylwester z rodzicami to też dla mnie co najmniej dziwny pomysł, zwłaszcza tak krótko po ślubie (a w zeszłym roku nawet przed) i na pewno bym się na to nie zgodziła. Chociaż też zależy, jak to wyglądało - bo ja rok temu właściwie spędziłam Sylwestra z przyszłymi teściami, ale po prostu kuzyni mojego partnera organizowali domówkę, ich rodzice również (dom jest duży), więc nas zaprosili kuzyni, a rodziców partnera - rodzice kuzynostwa. Ale to jednak zupełnie coś innego, niż spędzenie Sylwestra wyłącznie z rodzicami - mi by nie odpowiadało, że partner coś takiego uznał za najlepszą/najciekawszą opcję. 25 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-08 16:23:00 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Widzę że Pani rozumie napisał/a:U mnie jezdzi jak ma kazdy wolny dzien, ale my mieszkamy 30km czyli niedaleko. Nie przekonuje go zeby siedzial ze mna ale ja tez u nich wcale nie nocuje choc jestesmy juz prawie dekadę parą bo często wstaje w nocy do lazienki a oni mają lazienkę na dworzu a w domu tylko do siku i na innym piętrze wiec bym musiala kursowac po pietrach. Jak moze to jest 3 razy w tygodniu u mamy ale ja korzystam, zabierze synado nich to dom posprzatam albo na zakupy ubraniowe ze ostatnie dwa tygodnie to od wigilii do sylwestra, czyli swieta, jesli w styczniu w ktorym nie ma swiat tez bedzie tak latał to moze uzgodnij z nim co ile ma jezdzic i czemu nie spedzi z toba wekendu. Druga sprawa 230km to masę pieniędzy na paliwo, trochę przeginka jak dla mnie. Wydaje mi sie ze jeden wekend w miesiącu przy takiej odleglosci to juz dosc. Bo ciągle 200zl na paliwo wydawac co tydzien to troche za kolejna to moja tesciowa a to dzwoni zeby jechal bo flaki zrobila, albo cos ugotowala czy po ziemniaki na rynek chce jechac czy do biedronki. Lubi synusia swojego, choc dzieci miala kilkoro i jest do tej pory rozzalona ze on nie mieszka z nimi a poszedl do mnie. Tesciowa ma zal do innych synowych bo nie puszczają mezow a jej synów co tydzien do niej, a ona tak by chciala jeszcze porządzic. Tak sobie sie lubimy, ale ja tam jestem raz do roku na wigilię albo jak rosną grzyby na jesieni w lesie. Uwazam ze syn powinien do rodzicow jezdzic jak blisko to raz w tygodniu a jak dalej to juz pisalam, jeden wekend w miesiacu. 26 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-08 16:24:49 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości W tamtym roku spędzaliśmy sylwestra z samymi tescmi. Nie było zadnej domowki. W tym roku powtorka to dla mnie tez napisał/a:Monia12345 napisał/a:W przeciągu ostatnich dwóch tygodni był u nich 3 razy. I jeszcze chciał na mnie wymusić sylwestra z nimi mimo tego, że w tamtym roku sylwestra też spędzalismy z męczą mnie te podróże bo to 4 h jazdy w jedną stronę i pozniej powrot drugie 4 h. Ale widzę że chyba nikt tego nie rozumie...Skoro rodzice są na pierwszym miejscu to po co się żenić? No dobra, to brzmi trochę inaczej, trzy razy w tak krótkim okresie to trochę dużo. Raz pewnie na święta, a reszta...? Sylwester z rodzicami to też dla mnie co najmniej dziwny pomysł, zwłaszcza tak krótko po ślubie (a w zeszłym roku nawet przed) i na pewno bym się na to nie zgodziła. Chociaż też zależy, jak to wyglądało - bo ja rok temu właściwie spędziłam Sylwestra z przyszłymi teściami, ale po prostu kuzyni mojego partnera organizowali domówkę, ich rodzice również (dom jest duży), więc nas zaprosili kuzyni, a rodziców partnera - rodzice kuzynostwa. Ale to jednak zupełnie coś innego, niż spędzenie Sylwestra wyłącznie z rodzicami - mi by nie odpowiadało, że partner coś takiego uznał za najlepszą/najciekawszą opcję. 27 Odpowiedź przez SaraS 2020-01-08 16:29:14 SaraS Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-02-17 Posty: 987 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościAle rozumiem, że w tym roku ostatecznie Sylwestra spędziliście inaczej? I nie odpowiedziałaś: z jakich powodów był teraz u rodziców te trzy razy? Bo co innego, jeśli święta, urodziny mamy, rocznica ślubu rodziców, a co innego, jeśli jeździł ot tak, bez powodu. 28 Odpowiedź przez nokiaaa 2020-01-08 16:49:15 Ostatnio edytowany przez nokiaaa (2020-01-08 16:50:52) nokiaaa Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2013-02-02 Posty: 1,945 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości My spedzilismy sylwestra z rodzicami, to normalna sytuacja. Moja tesciowa tez potrafi dopominac sie o wizyty, ale co sie dziwic. CO mozna robic mieszkajac 10km od miasta, 3 od drogi i gdzie wcale nie ma zadnego sklepu bo ostatni zamknęli w tamtym roku. Mozna kota dostac. Nudno jak cholera. A z tesciem są w separacji bo on pije. U nas to jak nie ma co robic w miescie to do parku pojdziesz, do marketu, do carfoura po chleb i tak do ludzi uważam ze jedna wizyta na mies wystarczy. A do twoich jak czesto jezdzicie? 'Netkobiety są kompasem w moim życiu'"mam czas dla każdego absurdu" 29 Odpowiedź przez SaraS 2020-01-08 16:59:40 SaraS Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-02-17 Posty: 987 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości nokiaaa napisał/a:My spedzilismy sylwestra z rodzicami, to normalna i normalna, natomiast oni są pięć miesięcy po ślubie - można by pomyśleć, że małżonek z tak krótkim stażem wybierze jednak Sylwestra z własną żoną (romantycznie/imprezowo/wycieczkowo/jakkolwiek właściwie), a nie w wersji typowo rodzinnej. 30 Odpowiedź przez ja86 2020-01-08 19:47:47 ja86 Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-01-01 Posty: 889 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościMożna by pomyśleć, choć wiecznie awanturujaca się żona o byle głupotę to słaba podstawa pod jakikolwiek romantyzm. Pewnie uznał, że czas odpocząć 31 Odpowiedź przez sky14 2020-01-08 20:18:59 sky14 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-01-23 Posty: 670 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a: Odległość między nim a rodzicami przed slubem wynosiła około 140 km teraz po slubie przeprowadził się do mnie i wynosi 230 napisał/a:Odległość przed slubem wynosila 300 kmPlaczesz sie w zeznaniach "Dziewczyny,miejcie troche co to jest empatia?Ja cos slyszalam,to taka zupa z Azji" Lejdis "Najgorzej,gdy diabel kupi na targu uzywane skrzydla i nagle glosi swiatu,ze teraz jest aniolem..." Elzbieta Bancerz 32 Odpowiedź przez Majki 2020-01-08 21:49:27 Ostatnio edytowany przez Majki (2020-01-08 21:51:46) Majki Net-Facet Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-03-15 Posty: 1,471 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości sky14 napisał/a:Monia12345 napisał/a: Odległość między nim a rodzicami przed slubem wynosiła około 140 km teraz po slubie przeprowadził się do mnie i wynosi 230 napisał/a:Odległość przed slubem wynosila 300 kmPlaczesz sie w zeznaniach Te 300 km dzieliło autorķę od męża przed ślubem jak jeszcze nie mieszkali razem 33 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-08 22:44:39 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Ktos tu chyba nie umie km do tesciow, nie napisał/a:Monia12345 napisał/a: Odległość między nim a rodzicami przed slubem wynosiła około 140 km teraz po slubie przeprowadził się do mnie i wynosi 230 napisał/a:Odległość przed slubem wynosila 300 kmPlaczesz sie w zeznaniach 34 Odpowiedź przez MagdaLena1111 2020-01-08 23:31:08 MagdaLena1111 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2018-07-23 Posty: 7,543 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Trollować też trzeba umieć :-D#1Monia12345 napisał/a:Odległość między nim a rodzicami przed slubem wynosiła około 140 km teraz po slubie przeprowadził się do mnie i wynosi 230 km.#17Monia12345 napisał/a:Odległość przed slubem wynosila 300 kmW następnym poście odległość może wzrosnąć do 500km :-D 35 Odpowiedź przez Majki 2020-01-08 23:50:10 Ostatnio edytowany przez Majki (2020-01-09 00:22:09) Majki Net-Facet Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-03-15 Posty: 1,471 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości MagdaLena1111 napisał/a:Trollować też trzeba umieć :-D#1Monia12345 napisał/a:Odległość między nim a rodzicami przed slubem wynosiła około 140 km teraz po slubie przeprowadził się do mnie i wynosi 230 km.#17Monia12345 napisał/a:Odległość przed slubem wynosila 300 kmW następnym poście odległość może wzrosnąć do 500km :-DNie bardzo widze tu trollowanie, chyba ze ze mna cos nie tak Od atutorki tematu do tesciow jest 230 km. Z miejsca gdzie wczesniej mieszkal maz autorki bylo 140 km do tesciow. Natomiast Pokrecona Owieczka zapytala ile wynosila odleglosc miedzy autorka tematu, a mezem przed slubem gdy nie mieszkali jeszcze razem wtedy i ta odleglosc wynosila 300 km. Gdzie tu platanie widzicie? Oj tam tlumaczysz od razu, wyprowadzam z bledu 36 Odpowiedź przez MagdaLena1111 2020-01-08 23:53:51 Ostatnio edytowany przez MagdaLena1111 (2020-01-09 00:07:06) MagdaLena1111 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2018-07-23 Posty: 7,543 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości A dlaczego Majki tak gorliwie tłumaczysz autorkę wątku? Nie odpowiadaj :-DPSTo może coś bardziej może Twój mąż po prostu lubi podróżować, więc rodzice są tylko pretekstem. Wcześniej jeździł do Ciebie a teraz osiedliście wspólnie, to sobie znalazł nowy tym, żyj i daj żyć innym. Jeśli ma ochotę, to niech jeździ do rodziców, a Ty w tym czasie możesz zorganizować sobie czas z koleżankami, albo odrobić zaległości w czytaniu, albo zrobić sobie domowe SPA, albo... chyba, że on Ciebie tam ciągnie z sobą mimo Twojej niechęci, wtedy to niech on żyje i da żyć innym ;-) 37 Odpowiedź przez broken87 2020-01-09 09:35:43 broken87 Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-10-29 Posty: 37 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Ja chyba żyję w innym świecie. Autorko, zrobisz jak uważasz, ale wg mnie daruj sobie branie pod uwagę komentarzy typu "mąż lubi podróżować" (serio??) albo, że "go ograniczasz i to bardzo nieładnie", bo to średnio poważne. Facet kilka miesięcy po ślubie jeździ 460 km w dwie strony do rodziców 3 razy w ciągu 2 tygodni, a wy piszecie, że to z autorką coś jest nie tak? Dla mnie ta sytuacja jest dziwaczna. Facet ma przecież od kilku miesięcy własną rodzinę, nie wiem skąd potrzeba by jeździć w odwiedziny do rodziców częściej niż raz na miesiąc? Nie lepiej spędzić więcej czasu z żoną? Wyskoczyć gdzieś na weekend? Sylwester z rodzicami (teściami) drugi rok z rzędu!? Nie można spędzić tego czasu jak inne pary w tym wieku, z przyjaciółmi lub nawet we dwoje w jakiś ciekawszy sposób? Miłość i szacunek do rodziców to jedno, ale według mnie mąż autorki grubo przesadza, nie wspominając już o kosztach takiego jeżdżenia w tę i z powrotem (finansowych, czasowych). 38 Odpowiedź przez 2020-01-09 09:50:34 Net-facet Nieaktywny Zawód: analiza danych Zarejestrowany: 2019-01-26 Posty: 1,372 Wiek: 26 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:Co myślicie na ten temat?ja sobie w ogóle nie wyobrażam żeby ktoś mi mówił, ile czasu mogę spędzać u rodziny, podane okazje typu urodziny, imieniny, dzień ojca, rocznice, to maksymalnie raz na 1-2 tygodnie, nie wiem jakim cudem to mogłoby być za dużo:) natomiast nie ma obowiązku z nim jeździć, można zostać w domu, dla mnie też nie byłoby komfortowe odwiedzać na noc osoby które słabo znam, ale nie przyszłoby mi na myśl żeby rozliczać dziewczynę z tego ile gdzie jeździ albo jeszcze gorzej awantury z tego powodu. z pierwszego posta wynikałoby że mąż to może tylko być w domu z żoną i nic innego, jak dobrze że nie zamierzam brać ślubu:D 39 Odpowiedź przez SaraS 2020-01-09 09:51:26 SaraS Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-02-17 Posty: 987 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości ja86 napisał/a:Można by pomyśleć, choć wiecznie awanturujaca się żona o byle głupotę to słaba podstawa pod jakikolwiek romantyzm. Pewnie uznał, że czas odpocząćZ tym się zgadzam oczywiście. Awantury są ogólnie kiepskim sposobem na rozwiązanie czegokolwiek, a te, które autorka urządzała przed ślubem, kiedy jeszcze z narzeczonym nie mieszkała, to już wydają mi się kompletnie niezrozumiałe - bo właściwie co jej za różnica, czy autor był u rodziców czy u siebie w domu, skoro i tak nie byli wtedy razem? No chyba że czegoś nie wiemy i autor miał czas na regularne wycieczki do rodziców, a na spotkania z autorką - nie bardzo, bo inaczej to naprawdę jest dziwne. Natomiast o ile po pierwszym poście byłam raczej, no, po stronie męża, o tyle teraz nie jestem pewna. Trzy wizyty w ciągu dwóch tygodni (szkoda, że autorka nadal nie przedstawiła powodów, bo może akurat na przełomie roku mają nagromadzenie okazji rodzinnych, a może mąż miał po prostu na to ochotę) + chęć spędzenia Sylwestra z rodzicami... No, mnie też by to nie zachwycało. I nie dlatego, że muszę cały czas spędzać z partnerem albo ograniczam mu kontakty z rodziną, nie. Raczej ważną rzeczą w dobrym związku jest dla mnie obustronna chęć robienia czegoś razem jak gdyby przed innymi. W sensie: otwierają ciekawe miejsce/atrakcję - myślę, że moglibyśmy tam pojechać, mamy więcej wolnego - planujemy coś razem itd. Zaczynanie od rodziców kojarzy mi się z małżeństwem z milionletnim stażem, dawno zjedzonym przez rutynę, gdzie już nie chce spędzać się czasu tylko z partnerem/partnerką, bo nie widzi się w tym niczego ciekawego. Dlatego rozumiem, że autorce to nie odpowiada. Bo jakoś nie wydaje mi się, żeby mąż, poświęcając czas na 3 wizyty u rodziców w ciągu dwóch tygodni, gdzie dojazd zajmuje mu 4 godziny w jedną stronę, przeznaczał co najmniej taką samą ilość czasu na robienie czegoś fajnego wyłącznie z własną żoną. 40 Odpowiedź przez Pokręcona Owieczka 2020-01-09 09:57:36 Pokręcona Owieczka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-25 Posty: 2,713 Wiek: 40- Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości broken87 napisał/a: Facet kilka miesięcy po ślubie jeździ 460 km w dwie strony do rodziców 3 razy w ciągu 2 tygodni, a wy piszecie, że to z autorką coś jest nie tak? Dla mnie ta sytuacja jest dziwaczna. Facet ma przecież od kilku miesięcy własną rodzinę, nie wiem skąd potrzeba by jeździć w odwiedziny do rodziców częściej niż raz na miesiąc?Ale wiesz, że były święta? I te 3 razy w ostatnim czasie, wcale mnie nie dziwią. Zwrócę po raz kolejny na coś uwagę, bo jesteś kolejną osobą, która uważa, że jeżdżenie raz na miesiąc do rodziców wystarczy. Wiesz, że to jest 12 razy w roku, czy nie bardzo? Założę się, że on teraz tyle nie nie mieszkała przed ślubem z mężem, więc chyba nie do końca się znali. Teraz, podczas wspólnego mieszkania, zaczynają się poznawać. On widocznie ma potrzebę, bo może ma silną więź ze swoją rodziną, by się z nimi spotykać. Autorka uważa, że matce powinny wystarczyć życzenia sms lub tel. z okazji urodzin czy dnia matki. Zatem życzę jej, takiego dziecka, które w taki sposób i jej będzie składać życzenia. Ciekawe jak się wtedy poczuje. 41 Odpowiedź przez Cyngli 2020-01-09 10:01:23 Cyngli Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości broken87 napisał/a:Ja chyba żyję w innym świecie. Autorko, zrobisz jak uważasz, ale wg mnie daruj sobie branie pod uwagę komentarzy typu "mąż lubi podróżować" (serio??) albo, że "go ograniczasz i to bardzo nieładnie", bo to średnio poważne. Facet kilka miesięcy po ślubie jeździ 460 km w dwie strony do rodziców 3 razy w ciągu 2 tygodni, a wy piszecie, że to z autorką coś jest nie tak? Dla mnie ta sytuacja jest dziwaczna. Facet ma przecież od kilku miesięcy własną rodzinę, nie wiem skąd potrzeba by jeździć w odwiedziny do rodziców częściej niż raz na miesiąc? Nie lepiej spędzić więcej czasu z żoną? Wyskoczyć gdzieś na weekend? Sylwester z rodzicami (teściami) drugi rok z rzędu!? Nie można spędzić tego czasu jak inne pary w tym wieku, z przyjaciółmi lub nawet we dwoje w jakiś ciekawszy sposób? Miłość i szacunek do rodziców to jedno, ale według mnie mąż autorki grubo przesadza, nie wspominając już o kosztach takiego jeżdżenia w tę i z powrotem (finansowych, czasowych).A doczytałaś, że wyjazdy męża są związane jedynie z okazjami typu urodziny/imieniny/rocznice? Ja w tym nic dziwnego nie widzę, że takie dni chce spędzać z rodziną. Skoro żona nie chce mu towarzyszyć, to jeździ sam, na jego miejscu zrobiłabym dokładnie to samo, bo też mam bliskie relacje np. z dziadkami. Jeżdżę do nich ponad 600km w jedną stronę i to często bez żadnej okazji... Po prostu ich kocham i tęsknię. Nigdy w życiu mój mąż nie miał do mnie o to pretensji. A gdyby miał - prawdopodobnie nigdy by nie został moim mężem. 42 Odpowiedź przez SaraS 2020-01-09 10:07:18 SaraS Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-02-17 Posty: 987 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościOwieczko, jasne, ładnie, że mąż ma więź z rodzicami, ale czy relacja z żoną nie powinna być ważniejsza dla niego? Czy skoro są już po ślubie, to ich wspólny czas to siedzenie w domu, znaczy - proza życia, a wyjazdy, Sylwestry itd. mąż może sobie zostawić dla rodziców i żona niech nie marudzi, bo on więzi rodzinne pielęgnuje? 43 Odpowiedź przez Pokręcona Owieczka 2020-01-09 10:14:23 Pokręcona Owieczka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2014-11-25 Posty: 2,713 Wiek: 40- Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości SaraS napisał/a:Owieczko, jasne, ładnie, że mąż ma więź z rodzicami, ale czy relacja z żoną nie powinna być ważniejsza dla niego? Czy skoro są już po ślubie, to ich wspólny czas to siedzenie w domu, znaczy - proza życia, a wyjazdy, Sylwestry itd. mąż może sobie zostawić dla rodziców i żona niech nie marudzi, bo on więzi rodzinne pielęgnuje?Wydaje mi się, że silniejsze ma więzi z rodziną niż z żoną, z którą jest 0d 5 miesięcy, i która od zawsze robiła mu awantury. Zresztą, Autorka awanturami odnosi odwrotny skutek. Chciałabyś spędzać czas z kimś, kto ma wieczne pretensje? Ja nie. 44 Odpowiedź przez MagdaLena1111 2020-01-09 10:19:32 MagdaLena1111 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2018-07-23 Posty: 7,543 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości SaraS napisał/a:Owieczko, jasne, ładnie, że mąż ma więź z rodzicami, ale czy relacja z żoną nie powinna być ważniejsza dla niego? Czy skoro są już po ślubie, to ich wspólny czas to siedzenie w domu, znaczy - proza życia, a wyjazdy, Sylwestry itd. mąż może sobie zostawić dla rodziców i żona niech nie marudzi, bo on więzi rodzinne pielęgnuje?A czy jakość/ważność relacji jest wprost proporcjonalna do ilości wyjazdów albo ilości wspólnie spędzanego czasu?Och widzę, że jest tu parę osób, które chętnie by dyktowały partnerowi ile czasu ma spędzać z nimi a ile z innymi osobami, jakie są normy, jak to POWINNO wyglądać. I pewnie niektórzy partnerzy lubią, jak im się narzuca własne standardy, dyktuje, w jaki sposób mają spędzać czas....no po prostu są osoby, które wiążą się z „mamą”, która wie lepiej, co będzie lepsze dla partnera, którego traktuje jak dziecko. I chyba najważniejsze, żeby taka dwójka się spotkała. 45 Odpowiedź przez broken87 2020-01-09 10:24:22 broken87 Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-10-29 Posty: 37 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Pokręcona Owieczka napisał/a: Ale wiesz, że były święta? I te 3 razy w ostatnim czasie, wcale mnie nie dziwią. Zwrócę po raz kolejny na coś uwagę, bo jesteś kolejną osobą, która uważa, że jeżdżenie raz na miesiąc do rodziców wystarczy. Wiesz, że to jest 12 razy w roku, czy nie bardzo? Założę się, że on teraz tyle nie były święta i co z tego? Nie można przyjechać po prostu na święta? Po co jeździć w tym czasie 3 razy w ciągu 2 tygodni nawet jeśli mieszkaliby 50 km dalej? I raczej nie jeździ 12 razy w roku, tylko przy okazji imienin/urodzin, itp. - autorka napisała, że jeździ "w kółko". Oni są 5 miesięcy po ślubie! Nie lepiej zabrać gdzieś w tym czasie żonę? Na weekend w góry, nad morze, na imprezę, do przyjaciół, do restauracji? Jak słusznie zauważyła SaraS - wygląda to na nudny związek z X letnim stażem i nie dziwię się, że autorka ma tego dość. Czas odciąć pępowinę. 46 Odpowiedź przez Cyngli 2020-01-09 10:29:28 Cyngli Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościWidzę, że niektórzy nie rozumieją znaczenia więzów rodzinnych. Ślub nie polega na tym, że się zakłada „nową” rodzinę, a „starą” zapomina. Rodzice starzeją się, z wiekiem będą potrzebowali jeszcze więcej uwagi i pomocy. Co wtedy? Zapomnieć i wyjechać w góry z małżonkiem? 47 Odpowiedź przez broken87 2020-01-09 10:36:54 broken87 Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-10-29 Posty: 37 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Cyngli napisał/a:Widzę, że niektórzy nie rozumieją znaczenia więzów rodzinnych. Ślub nie polega na tym, że się zakłada „nową” rodzinę, a „starą” zapomina. Rodzice starzeją się, z wiekiem będą potrzebowali jeszcze więcej uwagi i pomocy. Co wtedy? Zapomnieć i wyjechać w góry z małżonkiem?Widzę, że niektórzy lubią sobie za dużo dopowiadać. Nikt nie mówi o zapominaniu o rodzicach - temat dotyczy skrajnie przesadnej chęci spędzania czasu z rodzicami w młodym małżeństwie. Nie mają po 50 lat żeby spędzać co roku Sylwestra z rodzicami. 48 Odpowiedź przez Lady Loka 2020-01-09 10:45:29 Lady Loka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zawód: Ciasteczkowa Morderczyni Zarejestrowany: 2016-08-01 Posty: 17,039 Wiek: w sam raz. Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości broken87 napisał/a:Pokręcona Owieczka napisał/a: Ale wiesz, że były święta? I te 3 razy w ostatnim czasie, wcale mnie nie dziwią. Zwrócę po raz kolejny na coś uwagę, bo jesteś kolejną osobą, która uważa, że jeżdżenie raz na miesiąc do rodziców wystarczy. Wiesz, że to jest 12 razy w roku, czy nie bardzo? Założę się, że on teraz tyle nie były święta i co z tego? Nie można przyjechać po prostu na święta? Po co jeździć w tym czasie 3 razy w ciągu 2 tygodni nawet jeśli mieszkaliby 50 km dalej? I raczej nie jeździ 12 razy w roku, tylko przy okazji imienin/urodzin, itp. - autorka napisała, że jeździ "w kółko". Oni są 5 miesięcy po ślubie! Nie lepiej zabrać gdzieś w tym czasie żonę? Na weekend w góry, nad morze, na imprezę, do przyjaciół, do restauracji? Jak słusznie zauważyła SaraS - wygląda to na nudny związek z X letnim stażem i nie dziwię się, że autorka ma tego dość. Czas odciąć Autorka nie chce tam nocować, więc zamiast pojechać raz na kilka dni sprawiła widocznie, że pojechali kilka razy na pół gdyby tam przenocowali to byłby to jeden sama określiła, że jeździ właśnie na imieniny/urodziny/święta, więc może jej się wydaje, że to jest tak w kółko. Pytanie czy ona też pomyślała i zaproponowała, żeby pojechali gdzieś razem czy tylko się można zmienić. Rodziny się nie zmieni. W życiu nie chciałabym być z partnerem, który mi wyrzuca, ile razy jeżdżę do rodziców. Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub zawieszone. 49 Odpowiedź przez MagdaLena1111 2020-01-09 10:53:12 MagdaLena1111 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2018-07-23 Posty: 7,543 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Lady Loka napisał/a:Żonę można zmienić. Rodziny się nie zmieni. W życiu nie chciałabym być z partnerem, który mi wyrzuca, ile razy jeżdżę do Chyba dość okrutna prawda dla autorki ;-)Zamiast poszukać, co kryje się pod ciągłymi wyjazdami męża do rodziców, jaką potrzebę on w ten sposób zaspakaja i jak inaczej można tę potrzebę niż poprzez nadmierną ilość wyjazdów zaspokoić, to ona woli robić awantury, szukać sprzymierzeńców na forum, żeby udowadniać swoje racje. I nawet nie widzi, że męża nie widzi, tylko swoje widzi-mi-się. 50 Odpowiedź przez Cyngli 2020-01-09 10:57:40 Cyngli Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości broken87 napisał/a:Cyngli napisał/a:Widzę, że niektórzy nie rozumieją znaczenia więzów rodzinnych. Ślub nie polega na tym, że się zakłada „nową” rodzinę, a „starą” zapomina. Rodzice starzeją się, z wiekiem będą potrzebowali jeszcze więcej uwagi i pomocy. Co wtedy? Zapomnieć i wyjechać w góry z małżonkiem?Widzę, że niektórzy lubią sobie za dużo dopowiadać. Nikt nie mówi o zapominaniu o rodzicach - temat dotyczy skrajnie przesadnej chęci spędzania czasu z rodzicami w młodym małżeństwie. Nie mają po 50 lat żeby spędzać co roku Sylwestra z jednego Sylwestra z jego rodzicami. Nie uważam, by wyjazd do rodziców na okazje typu urodziny/imieniny/rocznice/Święta był przesadzony. Na upartego wychodzi 9 razy (policzyłam również Dzień Matki i Dzień Ojca). To nawet nie jest raz w miesiącu. 51 Odpowiedź przez broken87 2020-01-09 11:09:32 broken87 Wkręcam się coraz bardziej Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-10-29 Posty: 37 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościOk, może zatem autorka poda częstotliwość tych wyjazdów, to się dowiemy czy to tylko 9-12 razy w roku czy może częściej? 52 Odpowiedź przez gagatka0075 2020-01-09 11:20:59 gagatka0075 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2015-08-06 Posty: 856 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości MagdaLena1111 napisał/a:Lady Loka napisał/a:Żonę można zmienić. Rodziny się nie zmieni. W życiu nie chciałabym być z partnerem, który mi wyrzuca, ile razy jeżdżę do Chyba dość okrutna prawda dla autorki ;-)Zamiast poszukać, co kryje się pod ciągłymi wyjazdami męża do rodziców, jaką potrzebę on w ten sposób zaspakaja i jak inaczej można tę potrzebę niż poprzez nadmierną ilość wyjazdów zaspokoić, to ona woli robić awantury, szukać sprzymierzeńców na forum, żeby udowadniać swoje racje. I nawet nie widzi, że męża nie widzi, tylko swoje Zamiast bawić się w absurdalne wyliczenia, że 9-10 wyjazdów w roku to jeszcze ok, a 11-12 to już za dużo, to może warto zauważyć, że normy Autorki czy forumowiczów to jedno, a normy i potrzeby męża są inne i on też ma do tego prawo. Związku nie buduje się ograniczając komuś wolność i wybory, a próbą wzajemnego zrozumienia i dogadania się. "Gdy się kogoś kocha, to kocha się całego człowieka, takiego jaki jest, a nie takiego, jakim by się go mieć chciało."Lew Tołstoj 53 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-09 12:24:39 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Poczuje się bardzo dobrze, bo liczy się pamięć.:-)Nikogo nie będe zmuszac żeby na każde pierdniecie jechać do Owieczka napisał/a:broken87 napisał/a: Facet kilka miesięcy po ślubie jeździ 460 km w dwie strony do rodziców 3 razy w ciągu 2 tygodni, a wy piszecie, że to z autorką coś jest nie tak? Dla mnie ta sytuacja jest dziwaczna. Facet ma przecież od kilku miesięcy własną rodzinę, nie wiem skąd potrzeba by jeździć w odwiedziny do rodziców częściej niż raz na miesiąc?Ale wiesz, że były święta? I te 3 razy w ostatnim czasie, wcale mnie nie dziwią. Zwrócę po raz kolejny na coś uwagę, bo jesteś kolejną osobą, która uważa, że jeżdżenie raz na miesiąc do rodziców wystarczy. Wiesz, że to jest 12 razy w roku, czy nie bardzo? Założę się, że on teraz tyle nie nie mieszkała przed ślubem z mężem, więc chyba nie do końca się znali. Teraz, podczas wspólnego mieszkania, zaczynają się poznawać. On widocznie ma potrzebę, bo może ma silną więź ze swoją rodziną, by się z nimi spotykać. Autorka uważa, że matce powinny wystarczyć życzenia sms lub tel. z okazji urodzin czy dnia matki. Zatem życzę jej, takiego dziecka, które w taki sposób i jej będzie składać życzenia. Ciekawe jak się wtedy poczuje. 54 Odpowiedź przez balin 2020-01-09 12:36:27 Ostatnio edytowany przez balin (2020-01-09 12:38:16) balin Ban na dubel konta Nieaktywny Zarejestrowany: 2017-05-11 Posty: 4,041 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:Poczuje się bardzo dobrze, bo liczy się pamięć.:-)Nikogo nie będe zmuszac żeby na każde pierdniecie jechać do chciałbym być Twoim dzieckiem. Żart oczywiście. Młoda jesteś, jeszcze nie raz zmienisz zdanie. 55 Odpowiedź przez czekoladazfigami 2020-01-09 18:42:25 czekoladazfigami Zbanowany Nieaktywny Zarejestrowany: 2017-10-30 Posty: 1,779 Wiek: odpowiedni Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Może mąż po prostu ucieka od awanturującej się o pierdoły żony. Chce odpocząć. Prawda tak, że żonę zawsze można wymienić rodzina zostaje. Zdejmij z siebie płaszczŁadnie, proszę CięChce zobaczyć całą gamę złości w kościI chcę poczuć z Tobą tlen 56 Odpowiedź przez Olinka 2020-01-10 02:29:29 Olinka Redaktor Naczelna Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2009-10-12 Posty: 45,381 Wiek: Ani dużo, ani mało, czyli w sam raz ;) Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Moniu12345, kiedy macie wolny czas i jesteście razem, to co wtedy robicie? Jaka jest jakość tego wspólnie spędzanego czasu? Jeśli mąż ma wolny weekend albo kilka dni urlopu, to zdarza się z jego strony propozycja spędzenia tego czasu tylko we dwoje czy od razu oznajmia, że chce pojechać do rodziców, ewentualnie szuka pretekstu, by się do nich wyrwać? Jeśli odpowiedziałaś poprzednikom, to przepraszam, ale... ile w końcu jest tych wizyt w ciągu miesiąca, tak średnio?Generalnie uważam, że o ile mąż nie jest Twoją własnością i nie masz prawa narzucać mu sposobu spędzania wolnego czasu, a tym bardziej ograniczania więzi z rodzicami, którzy wyraźnie są dla niego ważni i do których go ciągnie, to jeśli nie potrafi znaleźć w tym jakiejś zdrowej równowagi, masz prawo czuć się zaniepokojona. Niemniej istnieje również taka możliwość, że jesteś zwyczajnie zazdrosna i zupełnie niewinny temat sprowadzasz do rangi problemu. "Nie czyń samego siebie przedmiotem kompromisu, bo jesteś wszystkim, co masz." (Janis Joplin)[olinkowy status to już historia, z niezależnych ode mnie przyczyn technicznych właściwy zobaczysz dopiero w moim profilu ] 57 Odpowiedź przez 2020-01-10 03:23:53 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-08-10 Posty: 2,874 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Nie wyobrazam sobie partnera z podejsciem, ze 'zone sobie zmieni, a rodzina jest jedna'. Od razu z miejsca zwiazk nie ma sensu, bo wiadomo, ze jest set to fail. Nie wyobrazam sobie partnera zajmujacego sie rodzicami na starosc. Jezdzacego do rodziny czesto. Wcale nie lubie rodzinnych ludzi, ani ludzi, ktorzy na pierwszym miejscu w zyciu stawiaja rodzine. Jest to nudne i irytujace. Taki facet jest dla mnie wkurzajacy. Mimo wszystko, KAZDY czlowiek ma prawo do swoich wartosci i tego by w tym zyc. Nie mozesz sobie wziac meza, ktory od poczatku jezdzil co chwila do mamusi i wymagac by porzucil to co jest dla niego co brac sobie kogos i go zmieniac? 'To go back, you must go through yourself, and that way no man can show another.' 58 Odpowiedź przez Monia12345 2020-01-10 10:23:22 Monia12345 Gość Netkobiet Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległościMoże i rodzina zostaje ale z nią i tak wychodzi się najlepiej tylko na ... zdjęciach 59 Odpowiedź przez Lady Loka 2020-01-10 10:26:47 Lady Loka Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zawód: Ciasteczkowa Morderczyni Zarejestrowany: 2016-08-01 Posty: 17,039 Wiek: w sam raz. Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Monia12345 napisał/a:Może i rodzina zostaje ale z nią i tak wychodzi się najlepiej tylko na ... zdjęciachTo może Twoja, bo widocznie u niego wcale to tak źle nie wygląda Przed napisaniem odpowiedzi skonsultuj się z lekarzem lub zawieszone. 60 Odpowiedź przez 2020-01-10 10:29:21 Przyjaciółka Forum Nieaktywny Zarejestrowany: 2019-08-10 Posty: 2,874 Wiek: 29 Odp: Mąż jeździ do rodziców zbyt często mimo odległości Lady Loka napisał/a:Monia12345 napisał/a:Może i rodzina zostaje ale z nią i tak wychodzi się najlepiej tylko na ... zdjęciachTo może Twoja, bo widocznie u niego wcale to tak źle nie wygląda Tak, widocznie dla niego tak nie jest. Pytanie po raz kolejny: Po co bralas slub z kims kto nie odpowiada Ci? 'To go back, you must go through yourself, and that way no man can show another.'
Ma 50 lat i ciągle z nia rozmiawia, Kiedyś w ogóle jej nie potrzebował a teraz ciągle ma z nią kontakt. Ona nastawia go przeciwko mnie i rodzinie, bardzo mnie nie lubi. Mąż potrafi
fot. Adobe Stock Życie nie jest sprawiedliwe. Jedni mają wszystko, a inni nic. Ci drudzy mogą jedynie oglądać tych pierwszych w telewizji albo obserwować ich życie z ukrycia, a wieczorami płakać w poduszkę nad swoim losem. Tak to zostało urządzone. Od początku nie miałam szans, żeby się wybić. Byłam brzydkim dzieckiem, a potem pryszczatą nastolatką. W dodatku niezbyt zdolną, bo w szkole łapałam same dwóje i tróje. Jednak to w sumie nic. Bo czy w dzisiejszym świecie dziewczyna naprawdę musi być ładna i mądra, żeby wieść fajne życie? Nie. Musi mieć pieniądze. Ja zaś urodziłam się w biednej rodzinie. I matka z ojcem przekazali mi tę biedę w genach. Kim ma niby zostać córka woźnej i zwykłego, szarego robotnika? Jaką karierę zrobi? Po szkole zawodowej zatrudniłam się w sklepie, bo trzeba było dołożyć się starym do czynszu. Inaczej wyrzuciliby mnie na zbity pysk. „Nie pracujesz, to i nie jesz” – mówili mi często. Wiem, że niektórzy moi rówieśnicy poszli do liceum, a potem na studia i przez pięć lat zbijali bąki. Rodzice płacili za ich utrzymanie, a po wszystkim jeszcze poupychali ich w firmach znajomych za niemałe pieniądze. Szczęściarze. Ja od początku startowałam z gorszej pozycji. W sklepie zarabiałam grosze na śmieciówce. Na tyle mało, że mogłam zapomnieć o wyprowadzce z domu. Kręgosłup bolał mnie od ciągłego stania, a twarz miałam zdrętwiałą od sztucznych uśmiechów. Potem przeniosłam się na kasę do marketu. Tu dawali stałą umowę, jednak roboty było jeszcze więcej. W dodatku codziennie musiałam patrzeć na przystojniaków z grubym portfelem i ich wysztafirowane żonki ciągnące wózki wypełnione żarciem po brzegi. Byli tacy piękni, zadbani i uprzejmi do bólu… Denerwowali mnie. Zwłaszcza że stać ich było na filety z łososia, francuskie sery i inne fanaberie. Na mnie czekał w domu chleb ze smalcem i najtańsze parówki. No i pijany ojciec. Gdy zaczął zaglądać do kieliszka i robić awantury, wiedziałam, że czas na wyprowadzkę. Tylko jak tu cokolwiek wynająć, gdy ledwo mi starczało do pierwszego? Musiałam wziąć dodatkową robotę. Koleżanka, która wyjeżdżała do Anglii, poleciła mnie u takich jednych, u których sama wcześniej pracowała. Miałam przychodzić w każdy weekend na sprzątanie. To typowa szczęśliwa rodzinka. Tatuś, mamusia i kilkuletni dzieciak. Mają wielką chałupę pod miastem. Za dzień spokojnie wyciągam stówkę albo i dwie. Pomnożone przez cztery soboty dały mi niezłą sumkę, za którą mogłam wreszcie wynająć samodzielny pokój. Super, co? I tak gnieżdżę się w moim małym pokoiku, którego jedyną zaletą jest to, że znajduje się z dala od pijanego ojca, a potem idę sprzątać dwustumetrowy dom ludzi niewiele starszych ode mnie. Ona nie pracuje w ogóle. Siedzi w domu i udaje, że zajmuje się synem. On jeździ w garniturze do korporacji. Jest dyrektorem czy kimś takim. W każdym razie dziany gość. Przystojny… Ile razy wyobrażałam sobie, że to ja jestem na miejscu tej jego leniwej żonki. Nic tylko leżę i pachnę. No i jeszcze wydaję pieniądze męża. Z jaką łaską ta lala przekazuje mi wypłatę. Jakbym była jakąś jej poddaną, a ona moją królową, która może mnie skarcić albo pogłaskać po główce. – Dziękuję, bardzo dobrze się pani spisała – powiedziała ostatnio, a w jej głosie pobrzmiewał ton wyższości. Słyszałam go wyraźnie. Zawsze go słyszę, kiedy się do mnie zwraca. Zdzira! W czym ona jest lepsza ode mnie? Że ładniejsza? Też bym była piękna, gdyby mnie było stać na fryzjerów, kosmetyczki i te wszystkie drogie mazidła. Wykształcona? Jak ona studiowała te swoje psychologie czy co tam, ja układałam towar na półkach. To chyba więcej warte niż siedzenie w książkach. A może szczyci się tym, że wyrwała taką partię…? Tak, mogłabym mieć takiego męża. Kulturalny, dobrze ubrany, dżentelmen. W moim życiu znałam tylko Mańków spod budki z piwem. Latali za mną już w szkole, ale ja żadnego nie chciałam. Przynajmniej nie na stałe. Bo jaka przyszłość mnie czeka z takim facetem? Marne życie od pierwszego do pierwszego. Ciężka praca przez cały dzień, potem jakiś serial, bara-bara i spać. Nie, Mańkom z góry dziękuję. Od razu wiadomo, jak taki skończy. Zatrudni się gdzieś na budowie, przyniesie parę groszy do domu, a w końcu i tak go z pracy wywalą i będzie mi siedzieć na karku. Jak ojciec matce. Ja marzę o księciu z bajki. Takim jak mój pracodawca. Może i głupia jestem, ale jak inaczej ktoś taki jak ja ma się wybić w tym świecie? Tylko przez małżeństwo. Wiem, co robić. Wykorzystam moją tajną broń. Tę samą, której kobiety używają od wieków. Seksapil! Może urodą nie grzeszę, ale nawet przy Mańku spod budki z piwem można nauczyć się paru sztuczek. Takich, którym nie oprze się żaden mężczyzna… Więcej prawdziwych historii: „Za miesiąc mój ślub, ale ja kocham innego. Żeby uprawiać seks z narzeczonym, muszę wcześniej się napić wina”„Miałam raka, straciłam dwie piersi i męża, który mnie kochał, dopóki byłam zdrowa”„Wychowuję nie swoje dziecko. Żona mnie zdradziła i zaszła w ciążę z... moim bratem”
ኪερикωрο ուμиֆорէኺ ቩβևսևቁ
Ιሜጡξጧг ֆωпсуф уմևрс
Եቤαжαልխк маςоብ
Аз εбоረазвኇтр г ωнօхըдраኖէ
Хесрላсо φужиջኅδо
ኹሡхኄլαμаφ էቺагուгеζω ግзεβищаሷ
Еνюжቁ ሻуንасвኂхοз
Υቆոκօዛупጶσ ևտθպ
ቨβэտоֆоծοг сոςοዡ
Оχαኒ ιбурс
Тр ι
Druga sprawa piszesz ze mąż jest zły na twoją rodzinę, ok to ustalacie coś co pasuje obojgu. Np mąż zostaje z dzieckiem a ty jedziesz na obiad do rodziców. Potem on jedzie do swoich. Uwierz mi szantaż dzieckiem ze nie puścisz dziecka z nim do jego rodziny to podłość.
Jest mi bardzo przykro, ostatnie wieczory spędzam sama, płacząc do poduszki. Moja rodzina mieszka prawie 200 km ode mnie ciężko jest liczyć na wsparcie od nich; choć mama, która od zawsze była moją przyjaciółką stara się mnie wspierać, ale teraz najważniejsze jest wsparcie ukochanej osoby, a ja tego nie mam. Nie wiem co mam robić czy iść do psychologa czy wyjechać na jakiś czas. Bo z mężem już rozmawiałam na ten temat i nic ciągle tak jak było tak jest. Jakby tego było mało całymi dniami siedzę w domu z dzieckiem nie mogę wyjść nigdzie bo muszę gotować sprzątać a później znowu sprzątać i tak w kółko. Dawno nie byłam u kosmetyczki czy u fryzjera ciągle dom i dziecko a on po pracy lata do koleszków to tu to tam. A i pracuje od 7 do 15 i nie ma ciężkiej pracy bo jeździ na wózku widłowym i ciągle jest zmęczony i niedospany. Mam tego i jego dość.
MÓJ MĄŻ JEST W DOMU OD 9.01.2004r. :)(Zmieniam temat wątku) - Forum dla rodziców: maluchy.pl « ciąża, poród, zdrowie dzieci - M.Madziarek napisał w na każdy temat: Mój mąż miał wypadek samochodowy.
Prosiłem, błagałem żonę: „Nie jedź!”. Nie posłuchała. Marzyły jej się wielkie pieniądze. No i ona je pewnie ma. A my...? Kiedyś, przed laty, Danuta Rinn śpiewała piosenkę „Pieniądze szczęścia nie dają”. Te słowa tak bardzo pasują do dzisiejszego świata, w którym przyszło nam żyć. Wystarczy rozejrzeć się tylko wokół siebie, gdziekolwiek mieszkamy, przyjrzeć się naszym rodzinom lub posłuchać rozmów w swoim miejscu pracy, to zaraz zrozumiemy, ile jest nieszczęścia i łez z powodu dużych pieniędzy. Jak ogromna zazdrość zapanowała wśród naszych rodzin, pośród polskiego społeczeństwa, gdzie pieniądz zdominował wszystkie wartości ludzkiego życia, gdzie stawiany jest na pierwszym miejscu – a z taką postawą szczęścia się raczej nie zazna. Kilkanaście lat temu poznałem Kasię Bardzo ładną dziewczynę pochodzącą z wioski oddalonej od mojej o kilka kilometrów. Z widzenia znałem ją jeszcze w liceum. Chodziliśmy ze sobą ponad cztery lata. Ja już wtedy pracowałem jako majster u mojego ojca na budowie. Kasia myślała o studiach, ale później zrezygnowała z tego pomysłu. Podjęła pracę w sklepie odzieżowym i to zajęcie jej się spodobało. Byłem tak zakochany w mojej Kasieńce, że świata poza nią nie widziałem. Inne dziewczyny, czy to na zabawie tanecznej, czy prywatce, mogły dla mnie nie istnieć. Dziś, po latach, nie mogę uwierzyć, że tak mogło być. – Nie mieliśmy przed sobą żadnych tajemnic, nigdy nie było między nami nawet małego nieporozumienia – mówię często kolegom, jeśli chcą mnie jeszcze słuchać. No tak, ale miłość miłością, a życie toczy się swoimi torami... Moja Kasia mieszkała na wsi, wraz z rodzicami. Jej starszy brat założył rodzinę i wyjechał do miasta za pracą. Rodzice Kasi mieli małe gospodarstwo i ładny piętrowy dom. Zawsze byli mi bardzo życzliwi. Naprawdę, takich teściów to ze świecą szukać. Po czterech latach szczęśliwego narzeczeństwa postanowiliśmy z Kasią wziąć ślub. Zarówno jej rodzice, jak i moi byli z tego powodu bardzo zadowoleni. Mój tata na lewo i prawo chwalił się, jaką to będzie miał ładną i sympatyczną synową. A mama zachwycała się jej kulinarnymi zdolnościami. Po uzgodnieniu wszystkich szczegółów z rodzicami Kasi i moimi rozpoczęliśmy przygotowania do wesela. Zorganizowaliśmy huczną imprezę – taką, o jakiej zawsze marzyłem – na 200 osób. Trwała dwa dni, bo i na poprawinach goście tańczyli do północy. Po pięknym weselu zaczęliśmy nasze wspólne życie. Zamieszkaliśmy z Kasią u jej rodziców, na piętrze. Oboje pracowaliśmy i szczęśliwie płynął nam czas w małżeństwie. W wolnych chwilach urządzaliśmy sobie wycieczki do różnych ciekawych miejsc. Oboje bardzo lubiliśmy góry i przyrodę. A raz wyjechaliśmy nawet nad Morze Śródziemne. Wtedy naprawdę chciało się żyć. Tak mijały tygodnie i miesiące. Rok po ślubie urodził nam się syn. Imię wybieraliśmy wspólnie z rodzicami Kasi i moimi. Było z tym trochę kłopotu, bo każdy uważał, że jego propozycja jest najlepsza. W końcu wszyscy uznaliśmy, że najpiękniejszym imieniem dla naszego synka będzie Kacperek i tak został zapisany w urzędzie. Chłopak bardzo szybko rósł i zanim skończył rok, zaczął już chodzić. Lubiłem się nim chwalić w rozmowach z kolegami. Po trzech latach małżeństwa Kasia urodziła śliczną dziewczynkę. Znowu narada rodzinna, jakie imię wybrać, jakie będzie najlepiej pasować do naszej córeczki. W końcu zdecydowaliśmy się na Kingę. Ciągle w pracy pokazywałem kolegom zdjęcia dwójki moich ślicznych pociech. Dziadkowie też oszaleli na punkcie wnucząt. Zarówno jedni, jak i drudzy bardzo nam pomagali, nieraz podejmując się nawet całodziennej opieki na maluchami. Gdy dzieci trochę podrosły, moja żona zaczęła myśleć o powrocie do pracy. Przeglądała oferty w Internecie, zaglądała na „Facebooka” i „Naszą klasę”, rozmawiała z koleżankami ze szkoły. W końcu doszła do wniosku, że najlepiej dla niej i dla naszej rodziny będzie, jeśli wyjedzie na jakiś czas za granicę. Mówiła, że tylko w ten sposób uda nam się podreperować budżet, wyremontować dom i zmienić samochód na większy i nowszy. Od początku nie pochwalałem tego wyjazdu – Musisz być zawsze przy mnie i przy swoich dzieciach, twoje miejsce jest przy nas, bez ciebie życie rodzinne straci sens – mówiłem żonie. Zresztą nie tylko ja próbowałem Kasię przekonać, aby zrezygnowała z zamiaru wyjazdu. Robili to także jej rodzice i moi. Trwały bardzo długie rozmowy, wszyscy namawialiśmy Kasię, żeby podjęła pracę w kraju. Nawet wydawało mi się, że udało nam się ją przekonać, bo przez kolejne tygodnie nie podejmowała tematu. Już się cieszyłem, że zrezygnowała ze swojego pomysłu. Niestety, pewnego razu po przejrzeniu wpisów na Facebooku i rozmowie z jakąś koleżanką, Kasia powiedziała: – Kochanie, pojadę, zarobię i wrócę. Moi i twoi rodzice będą ci pomagać w opiece nad dziećmi, już z nimi rozmawiałam. Czas szybko minie, a pieniążki się przydadzą. Nigdy tu takich nie zarobię. Zobaczysz, nie będziesz żałował, i potem jeszcze będziesz mi dziękował, że się na to odważyłam. I co ja mogłem zrobić? Siłą ją powstrzymać? Mimo mojego sprzeciwu Kasia zaczęła szukać ofert pracy za granicą, które by jej odpowiadały. Dotąd szukała, aż znalazła. – Włochy, opieka nad starszą panią – oświadczyła mi. – Na trzy miesiące. Prosiłem Kasię, żeby się jeszcze zastanowiła. – Jak ja sobie poradzę z dziećmi bez ciebie? – brałem ją na litość. – Nie wyjeżdżaj, nie psuj naszego szczęścia. Nie słuchała... Kacperkowi i Kindze nic nie mówiła o wyjeździe. Zresztą byli jeszcze za mali, żeby to zrozumieć. Ja też tak naprawdę nie zdawałem sobie sprawy, jak to jest, kiedy zabraknie żony, a zwłaszcza matki małych dzieci. Tymczasem Kasia, po załatwieniu wszystkich formalności, czekała na telefon z informacją, kiedy ma jechać. W końcu nadszedł ten dzień. Pożegnała się z z rodzicami i ze mną. Dzieci jeszcze spały. Nie budziła ich. Może i lepiej, przynajmniej oszczędziła im płaczu. Na początku wszystko było w jak najlepszym porządku. Pracowałem jak dawniej, a dziećmi zajęli się rodzice Kasi. Moi też często przyjeżdżali. Jakoś się kręciło. Pewnie, że były trudności. Nie wiedziałem, jak się zaplata warkoczyki Kindze, co Kacper je na śniadanie, gdzie jest pościel na ich małe kołderki… Ale jakoś, wspólnymi siłami, dawaliśmy sobie radę. Kasia przyjechała po trzech miesiącach, przywiozła trochę kasy, ale też poinformowała nas, że za tydzień wraca do Włoch, bo tak się umówiła. Nie pomogły rozmowy z rodzicami i płacz dzieci. Wyjechała ponownie. I tak to trwało dwa lata. Moja żona wyjeżdżała i wracała. Fakt, że dzięki zarobionym przez nią pieniądzom nasz dom wypiękniał. Ale co z tego, skoro brakowało w nim Kasi. W pewnym momencie zacząłem się na dobre niepokoić, bo żona rzadziej dzwoniła, a nasze rozmowy były jakieś dziwne, inne niż wcześniej... Tłumaczyłem sobie, że może tam coś z pracą jest nie tak i ona nie chce mi tego mówić, żebym się nie martwił. Rodzice Kasi też twierdzili, że ich córka jest ostatnio nieswoja. W pracy koledzy uspokajali mnie: – Tysiące Polaków wyjeżdża za granicę, młodzi, starsi, żony, mężowie – dorabiają się i wracają. To mi dodawało otuchy. Kilka dni później doznałem szoku. Zadzwoniła Kasia i jak gdyby nigdy nic w rozmowie oświadczyła mi: – Słuchaj, na razie nie wracam, wytłumacz to jakoś wszystkim. Z początku nie wiedziałem, czy mówi poważnie, czy to jakiś głupi żart. Ale wkrótce dotarło do mnie, że Kasia nie żartowała, bo... przestała odbierać telefony! Dzwoniłem, nagrywałem się na pocztę, dzieci się nagrywały... Nie robiło to na niej żadnego wrażenia. Zadawałem sobie pytanie, co się stało i nie mogłem uwierzyć, że moja Kasia może tak podle postąpić – porzucić rodzinę. Mniejsza już o mnie, ale zostawić własne dzieci?! Jak miałem im wytłumaczyć, że ich mamusia nie wróci? Były jeszcze malutkie, w wieku przedszkolnym, cokolwiek bym im powiedział, zrozumiałyby tylko tyle, że mama ich nie chce, nie kocha... Nie potrafiłyby pojąć, dlaczego tak się stało. A ja nie umiałem im tego wytłumaczyć, bo sam nie rozumiałem tej sytuacji. Byliśmy z Kasią bardzo dobrym małżeństwem. Cieszyliśmy się sobą i dziećmi. Śmierci bym się prędzej spodziewał niż takiego obrotu sprawy. Nie dawałem za wygraną, dzwoniłem do żony kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt razy dziennie. W końcu usłyszałem w słuchawce jej głos. – Nie dzwoń więcej – powiedziała. – Mnie też nie jest łatwo. – Kasiu! – krzyknąłem. – Wracaj, wszyscy czekamy na ciebie, dzieci czekają! Odpowiedzią był płacz, a potem się rozłączyła Nie rozstawałem się z komórką. W nocy zrywałem się ze snu, bo zdawało mi się, że dzwoni. Żyłem nadzieją, że Kasia zmieniła zdanie i wróci. „Na pewno kiedyś zmądrzeje” – myślałem. Nie zadzwoniła i nie odebrała już więcej żadnego z moich telefonów. Minęło pięć lat. Kasia nie wraca. W rodzinie zaczęły się nieporozumienia i kłótnie. Ja mam pretensje do rodziców Kasi, że zrujnowała życie mnie i naszym dzieciom. Moich rodziców też ta sytuacja bardzo dotknęła. Nie wiem, co teraz ze mną będzie, gdzie będę mieszkał, czy mam odejść z dziećmi od rodziców Kasi? Ale dokąd pójdziemy? Dzieci są do dziadków bardzo przywiązane i nie są winne, że my – dorośli – nie możemy się dogadać. Miało być tak pięknie, a jest tragedia trzech rodzin. Jak mam pracować i żyć, kiedy sytuacja mnie przerasta? Jakże prawdziwe są te słowa, że pieniądze szczęścia nie dają. Tak mało mówi się o skutkach wyjazdu za granicę – liczy się tylko ekonomia, a nie rodzina. Niech moja smutna opowieść będzie ostrzeżeniem dla innych... Krystian, 37 lat Czytaj także: „Wyglądam jak słoń! Nie żałuję, że urodziłam Marysię, ale nie mogę już na siebie patrzeć!” „Sąsiadka chciała UKRAŚĆ moje dziecko. Jak mogłam być taka naiwna?!” „Sama wychowuję synka. Jego ojciec odszedł od nas, bo... znalazł kogoś nowego. I to pół roku temu! Gdy nasze dziecko miało 6 miesięcy – on wchodził w nowy związek. "
"To mężczyzna powinien utrzymać rodzinę. Wydaję mi się, że to logiczne. Ja mogę wziąć na siebie wszystkie domowe obowiązki. Tak też ustaliłam z mężem. Wiedział, że podoba mi się tradycyjny model rodziny. Niestety, ostatnio przestał spełniać moje oczekiwania i coraz częściej muszę dokładać do domowego budżetu".
Witam serdecznie! Depresję można zdiagnozować wówczas, kiedy objawy świadczące o chorobie trwają co najmniej dwa tygodnie. Do symptomów depresji zalicza się: obniżenie nastroju, utratę zainteresowań, zwiększoną męczliwość, spadek koncentracji uwagi, niską samoocenę i małą wiarę w siebie, poczucie winy, pesymistyczne widzenie przyszłości, myśli i czyny samobójcze, zaburzenia snu i zmniejszenie apetytu. Jeżeli obserwuje Pani u siebie kilka z powyższych objawów depresyjnych, które utrzymują się co najmniej 14 dni, warto byłoby się skonsultować ze specjalistą. Niewykluczone jednak, że to, czego Pani doświadcza, nie jest depresją, a po prostu reakcją na trudną dla Pani sytuację życiową. Jest Pani młodą mężatką, która najprawdopodobniej oczekiwała, że po ślubie będzie z mężem spędzała każdą wolną chwilę, że będzie wspaniale, bez kłótni itp. Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Mąż długo pracuje, po pracy jedzie od razu do ojca, by zajmować się ślimakami i na tym tle dochodzi między Wami do spięć. Mało się widujecie, a każda obietnica męża wcześniejszego powrotu do domu spełza na niczym. Do tego wszystkiego dochodzi rozczarowanie faktem, iż nie udają się Państwu starania o dzidziusia. Jest Pani rozżalona, sfrustrowana, rozczarowana, może nawet trochę zła i zagniewana na męża. Rozumiem Pani uczucia. Co można w tej sytuacji zrobić? Po pierwsze, zachęcałabym Panią do szczerej rozmowy z mężem, ale bez tonu oskarżycielskiego, np.: „Dla Ciebie ślimaki są ważniejsze niż własna żona”. Być może Pani mąż nie traktuje tych ślimaków wcale jako metody na biznes i zarobienie jakichś pieniędzy, ale jest to dla niego pasja, której z przyjemnością się oddaje i której lubi poświęcać swój wolny czas. Być może cieszy się, kiedy angażuje się Pani w pomoc przy tych ślimakach. Problem polega na tym, że muszą Państwo wynegocjować dla siebie własne potrzeby, uzgodnić je, dojść do kompromisu. Proszę postarać się spokojnie powiedzieć mężowi o swoich emocjach i oczekiwaniach, np.: „Słuchaj, przykro mi, kiedy późno wracasz do domu. Praktycznie się nie widujemy. Czuję się samotna w domu, odtrącona. Chciałabym spędzać z Tobą więcej czasu, a kiedy Cię proszę o to, Ty ignorujesz moje prośby”. Proszę zapytać również, czego oczekuje od Pani mąż. Może on wcale nie chce, by siedziała Pani sama w domu, może wolałby, by wychodziła Pani z koleżankami, spotykała się ze znajomymi na mieście itp.? Jeżeli rozmowa nie zda rezultatu, proszę pomyśleć o wsparciu z zewnątrz, np. o wizycie w poradni małżeńskiej. Jesteście Państwo młodym małżeństwem i myślę, że ten jeden z pierwszych kryzysów da się zażegnać przy odrobinie dobrej woli z obu stron. Zachęcam, by zajrzała Pani pod poniższe linki: Pozdrawiam i życzę powodzenia
Nie wiem już co robić dostaje chyba nerwicy przez to wszystko otóż mój mąż ciągle śpi pisząc ciągle dokładnie to mam na myśli pracuje na noc różnie czasem 5 czasem 10 h przychodzi o
Witaj Gwiazdko, doskonale rozumiem Twój stan ducha. Mój mąż też miał nieodciętą pępowinę. Na początku wydawało mi się ze problem są teściowie którzy uzależnili go od siebie pieniędzmi, autem na każde zawołanie, wygodnym życiem. Ale po latach z nim zdałam sobie sprawę, ze to w nim jest problem, bo gdyby miał zdrowy stosunek do pewnych praw wytłumaczyłby swoim rodzicom, ze on chce założyć swoja rodzinę, ze będzie im pomagał kiedy będzie to potrzebne, odwiedzał, ale musi żyć własnym życiem. Nie mieliśmy dzieci z jednej strony dobrze, ale z drugiej żałuję może dziecko otworzyłoby mu oczy i zrozumiałby o co w życiu chodzi. Ale nie udało się, czasami miałam wrażenie ze on nie chce mieć dziecka bo to wiązałaby sie z wzięciem odpowiedzialności za swoja rodzine, moze czułby ze musi trochę odpuścić. Ja z kolei bałam się ze zostanę sama z dzieckiem, ze on dalej nie będzie mnie zauważał, ze będą wychowywać dziecko na swój strój, obsypywać kasa, a moi rodzice zostaną potraktowani jak intruzy. Zresztą dziecko potrzebuje spokoju, a nie walczących mąż tez wolał spędzać czas ze swoimi rodzicami, rodzeństwem a nie ze mną, ja byłam dodatkiem, bo mężczyzna musi mieć żonę, a w małym środowisku..przecież coby ludzie powiedzieli, ze trzydziestokilkuletni facet bez żony i mieszka z rodzicami. Przez 4 lata byliśmy na wyjazdach we dwójkę 2 razy. Zawsze jeździliśmy z teściami lub z jego siostrami, czułam się na tych wyjazdach jak piąte koło u wozu. Cały czas byłam sama, na ostatnim wyjeździe w górach jak wracaliśmy ze stoku, to mój mąż miał problem zeby wysiedzieć ze mną w pokoju, odrazu biegł do pokoju rodziców. Na stoku ciągle patrzył jak idzie jego siostrze, pobiegł wykupić lekcje z trenerem dla siostrzenicy, uczuł swojego ojca jeździć na nartach, a ja sama. Kiedyś zwróciłam mu uwagę , co tylko pogarszało sytuacje bo odkażał mnie wtedy ze wszystkiego mu zazdroszczę, ze wymyślam, ze jestem przewrażliwiona, albo że zabraniam mu kontaktów z rodziną. Mieszkał z rodzicami, schodził do nich kilka razy dziennie, w każdej chwili jest do ich dyspozycji, ja nie migałam się bardzo od odwiedzin u nich, wszystko w granicach zdrowego rozsądku, każde imieniny urodziny, święta obiadki niedzielne, kawki, herbatki. Rodzeństwo przyjeżdżało co tydzień lub dwa, a jemu wciąż mało. Ja się ciągle czepiam, a jak ja chciałam pojechać do swoich rodziców to była za każdym razem mniejsza lub większa wojna, zawsze! twierdził, ze nie zarobie na paliwo, ze moi rodzice to nie przyjadą bo są wyliczeni, ze powinnam co trzy miesiące umawiać się z rodzeństwem i pojechać jak będą wszyscy. Było wiele takich sytuacji, w których mnie niszczył obrażał, nie czuł, ze mnie krzywdzi swoimi słowami, ze próbował zrozumieć, jak on czułby sie gdybyśmy mieszkali u moich rodziców, jak często on chciałby jeździć. Wydawało mi się ze gdybyśmy się wyprowadzili, może to by jakoś minęło, ale z postów w tym wątku, wynika ze mieszkanie oddzielnie nic nie zmieniło. Moze wtedy byłby jeszcze bardziej stęskniony za rodzina i jeszcze bardziej za nimi tęsknił. Wstydzę się tego, mam takie dziwne uczucie, taki ból, ze nie zasługiwałam na miłość mojego męża, mimo tego że dużo dla niego robiłam, zmieniał kilkukrotnie prace, zeby być bliżej, nigdy nie kazałam mu wybierać miedzy rodzina a mną bo uważałam ze to tez byłaby chora sytuacja. chciałam zeby było normalnie, zeby on mnie nie niszczył tylko dlatego ze kolejny weekend z rzędu nie mam ochoty spędzić z teściami czy jego rodzeństwem. Chciałam zeby mnie kochał i czasami odpuścił, przeprosił, powiedział rozumiem. Tłumaczyłam, ze jeśli mamy żyć tak rodzinnie to ja też mam rodzinę. Ale on zawsze znalazł jakąś głupią wymówkę, ze on źle się czuje w towarzystwie mojej siostry, bo ona go obgaduje, nic nie pomogły zapewnienia,ze tak nie jest. Ciągle wszyscy go obgadywali, do znajomych tez przestaliśmy jeździć, bo im tez nie można było ufać. TYLKo mam i tata są ok. Kiedyś powiedział, ze mnie zniszczy jeśli się dowie, ze coś powiedziałam na jego rodzinę. A ja bałam się z kimkolwiek rozmawiać, zeby tylko ktoś nie powiedział komuś ... a on odrazu oskarżyłby mnie. Nawet jeśli powiedziałabym komuś , ze chcę nap. się wyprowadzić bo najlepiej być na swoim. TO CO W TYM TAKIEGO OBRAŹLIWEGO I ZŁEGO???????????Wykrzykiwał, ze ja to zasypałabym go moja rodzina, ze on ma dosyć tych imprez, ze w mojej rodzinie jest tyle dzieci, za chwile będą komunie, i inne imprezy. Wszystko kasa, jak zaprosiłam rodziców na obiad krzyczał, ze on nie będzie utrzymywał mojej rodziny. A jednocześnie ja musiałam z nim chodzić do jego rodziców, bo przecież oni tacy dobrzy, dali mieszkanie, prace, nic nie płacimy... głupie to wszystko wiem, ale jak ma się taka głupotę na codzień człowiek nie wie kim jest, stoi w miejscu nie myśli o przyszłości tylko zastanawia się jak przeżyć kolejny dzień. Nie wiem może ktoś odnalazłby się w tej sytuacji. dla mnie jest to takie żenujące, bo takie trudne do opowiedzenia, do wyrażenia, nienormalne. Dlatego doskonale rozumiem autorkę wątku i współczuję. Ja odeszłam od męża, zostawiłam mu wszystko co mieliśmy meble, sprzęt, samochód, który ja kupiłam przed ślubem ale on napisał umowę na siebie i zapisał na siebie, pieniądze jeszcze z prezentów, wszystko, pożyczam samochód od rodziców zeby dojechać do pracy. Mieszkam u rodziców wspierają mnie, mówią ze mam racje ze nie ma za czym płakać, ale płacze. Czasami tęsknię za tym drobnymi rzeczami, za tym ze kogoś mam, ze nie muszę się rozwodzić, szukać nowego miejsca, pracy.
Mój tata ma 75 lat i ciągle jeździ autem. Wiem, że to wcale nie jest przesłanka ku temu, aby prosić go o to, aby oddawał prawo jazdy i nigdy więcej nie wsiadał za kółko, ale uważam, że powinien na pewno nie wyruszać w długie trasy, a on coraz częściej informuje nas, że chce na starość podróżować i razem z moją mamą mają w planach wycieczki wakacyjne po Polsce.
Każdy z nas nosi w sercu obraz domu rodzinnego, postaw i zasad w nim obowiązujących. Dom rodzinny to nie tylko my sami, ale również ludzie, którzy nas wychowywali i tym samym w dużej mierze przyczynili się do tego, co teraz czujemy i jak patrzymy na świat. Rodzice w życiu każdego dziecka odgrywają ogromną rolę – jest to wielka odpowiedzialność, która w dużej mierze rzutuje na stan obecny naszego życia. Pomimo wielkich starań i pełnego zaangażowania rodzice są też ludźmi ze swoimi własnymi problemami i niedociągnięciami. Tak naprawdę nie ma ludzi idealnych, ale to nie znaczy, że rodzic ma prawo zasiewać w swoim dziecku okrutne ziarna w postaci lęku, strachu, dozgonnego obowiązku i nieograniczonego poczucia winy… Kim są toksyczni rodzice? Toksyczny rodzic to nie tylko osoba pełna agresji, konfliktowości, czy przemocy… Choć wciąż kojarzony z patologicznymi zachowaniami, to jednak istnieje wiele innych przesłanek toksycznego postępowania rodziców. Toksyczni rodzice to ludzie, którzy przyczyniają się do emocjonalnego wyniszczenia, a tym do psychicznego i fizycznego wycieńczenia. Toksyczne ładunki opierają się na poczuciu znieważenia, czy poniżenia – są wieczną traumą, która trwa także przez całe życie. Negatywne wzorce postępowania stosowane przez toksycznych rodziców to nie tylko pojedyncze zachowania, to również ukryte i podprogowe systematyczne, bądź/ i długotrwałe szkodliwe oddziaływania. To forma manipulacji, która za każdym razem wkracza na wyższy poziom degradacji i emocjonalnego wykorzystania… Jakie zachowanie świadczą o tym, że rodzic jest toksyczny? Nie łatwo jest wywnioskować, czy rodzice są toksyczni, lub też tacy byli. Trudno jest dostrzec pewnego rodzaju zależności, gdy we wnętrzu wciąż wiele obaw i nieograniczonego poczucia winy. Dla ułatwienia przyjrzenia się relacji, która Cię łączy, bądź łączyła z destrukcyjną matką, lub toksycznym ojcem przygotowałam kilka zestawów pytań, które pozwolą Ci zrozumieć, co działo się bądź nadal dzieje w Twoim życiu. Wróć pamięcią do swojego dzieciństwa i odpowiedz na kilka poniższych pytań: Czy w Twoim domu panowała rygorystyczna dyscyplina, której nie przestrzeganie kończyło się karami cielesnymi? TAK / NIE Czy rodzice stosowali wobec Ciebie przemoc fizyczną? TAK / NIE Czy Twoi rodzice używali wobec Ciebie destrukcyjnych epitetów, np. takich jak: jesteś głupi/a, jesteś niedobry/a, jesteś beznadziejny/a, jesteś okropny/a… TAK / NIE Czy Twoi rodzice używali w stosunku do Ciebie wulgaryzmów wciąż udowadniając Ci, że jesteś „niczym”? TAK / NIE Czy musiałeś/aś się bardzo postarać, aby zasłużyć na ich pochwałę? TAK / NIE Czy rodzice nie poświęcali Ci czasu i wciąż mówili o tym, że im przeszkadzasz? TAK / NIE Czy ich miłość możesz określić jako warunkową, tj. musiałeś/aś spełnić określone warunki, by usłyszeć słowa „Kocham Cię”? TAK / NIE Czy Twoi rodzice nadużywali alkoholu, lub innych środków uzależniających? Czy czułeś/aś się tym obciążony? Czułeś/aś, że to Twoja wina? TAK / NIE Czy rodzice stronili od Ciebie? Unikali jakichkolwiek kontaktów z Tobą? TAK / NIE Czy Twoi rodzice rzadko Cię przytulali? TAK / NIE Czy Twoi rodzice wymagali od Ciebie, abyś im służył/a? Czy oczekiwali, że będziesz się nimi opiekować? TAK / NIE Czy wmawiali Ci, że ich krzywdzące zachowanie jest tylko i wyłącznie Twoją winną? TAK / NIE Czy często bałeś/aś się swoich rodziców? TAK / NIE Czy sam/a unikałeś/aś kontaktów z rodzicami na skutek strachu, który w tych momentach się pojawiał? TAK / NIE Czy mogłeś/aś mówić głośno o swoich potrzebach? TAK / NIE Czy rodzice Cię wyręczali za każdym razem, nawet w momentach, gdy chciałeś/aś zrobić coś sam/a? TAK / NIE Czy rodzice zrobili Ci coś, co kazali Ci zachować w tajemnicy? TAK / NIE A teraz przenieśmy się do Twojego dorosłego życia… Czy uważasz, że jeśli do kogoś zbyt mocno się zbliżysz to zostaniesz zraniony? TAK / NIE Czy nie angażujesz się zbyt mocno, aby nie zostać porzucony/a? TAK / NIE Czy nosisz w sobie lęk, że zostaniesz skrzywdzony? TAK / NIE Czy jest Ci trudno nawiązywać nowe relacje? TAK / NIE Czy spodziewasz się od ludzi tylko tego, co najgorsze? TAK / NIE Czy uważasz, że życie wciąż Cię kaleczy? TAK / NIE Czy znajdujesz się w destrukcyjnej relacji z partnerem? TAK / NIE Czy odczuwasz obawy przed pokazaniem swoich potrzeb i pragnień innym osobom? TAK / NIE Czy czujesz się wycofany/a? TAK / NIE Czy bywają momenty w których zastanawiasz się kim naprawdę jesteś, co prawdziwie czujesz i czego tak naprawdę chcesz od życia? TAK / NIE Czy Twoje zachowanie jest zbliżone do perfekcjonizmu? TAK / NIE Czy masz trudności aby się zrelaksować i po prostu odpocząć? TAK / NIE Czy Twoje myśli wciąż wracają do przykrych i krzywdzących wspomnień dotyczących rodziców? TAK / NIE Czy często bywasz bez powodu przygnębiony/a lub agresywny/a? TAK / NIE Czy obawiasz się wyrazić swoje zdanie? TAK / NIE Czy boisz się opinii innych osób? TAK / NIE Istnieje wiele zależności, które wpływają na to, czy dany rodzic jest destrukcyjny. Warto również przyjrzeć się sytuacji obecnej – obecnej relacji, która łączy Cię z rodzicami. Odpowiedz na kolejne kilka pytań: Czy rodzice nadal traktują Cię, jakbyś był/a małym dzieckiem? TAK / NIE Czy rodzice oczekują od Ciebie ciągłej pomocy? TAK / NIE Czy wiele Twoich przeszłych i obecnych decyzji jest uzależnione od ich opinii, a w całokształcie akceptacji? TAK / NIE Czy odczuwasz wewnętrzny chaos po spotkaniach ze swoimi rodzicami? TAK / NIE Czy jesteś spięty/a w trakcie kontaktów z rodzicami? TAK / NIE Czy jest Ci trudno „pozbierać się” po spotkaniu z rodzicami? Czy odczuwasz emocjonalny dyskomfort? TAK / NIE Czy rodzice wciąż podsycają w Tobie poczucie winy? TAK / NIE Czy czujesz, że rodzice Tobą manipulują? TAK / NIE Czy rodzice uzależnili Cię od siebie finansowo i wciąż ten fakt wykorzystują? TAK / NIE Czy obawiasz się powiedzieć „nie” rodzicom? TAK / NIE Czy rzadko lub wcale mówisz swoim rodzicom „nie”? TAK / NIE Czy czujesz się odpowiedzialny/a za samopoczucie rodziców? TAK / NIE Czy często realizujesz ich „prośby” pomimo wewnętrznego oporu? TAK / NIE Czy wciąż Cię poniżają i obśmiewają? TAK / NIE Czy rodzice plotkują na Twój temat za Twoimi plecami? TAK / NIE Czy uważasz, że nie zasługujesz na ich uznanie? TAK / NIE Czy uważasz, że czegokolwiek nie zrobisz i czego też nie dokonasz, to i tak nie jest wystarczająco dobre dla Twoich rodziców? TAK / NIE Czy jesteś na każde ich zawołanie? TAK / NIE Czy czujesz się zmęczony/a ich postępowaniem? TAK / NIE Czy żyjesz pod ich dyktando? TAK / NIE Powyższe pytania nie tylko mają Ci pomóc odsłonić i zrozumieć pewne zależności, ale mają stać się nową formą spojrzenia na dotychczasową relację z rodzicami. Jeśli Twoich odpowiedzi twierdzących było wiele, warto abyś wyszedł/ wyszła poza schemat i zawalczył/a o swoje prawo do wolności i pełnej swobody życia wypełnionego uśmiechem od ucha do ucha… Jak postępuje toksyczny rodzic? Toksyczny rodzic jest w stanie posunąć się do wielu niespodziewanych działań, aby tylko wciąż mieć kontrolę nad Twoim życiem. Nie tylko znieważy, ale posunie się do ukrytego szantażu. Jego ulubionym narzędziem ciągłej manipulacji jest poczucie winy, które wciąż będzie w Tobie pielęgnować. Gdy zauważy sprzeciw, bądź jakikolwiek bunt z Twojej strony szybko wcieli się w rolę ofiary. Toksyczny rodzic to również wyjątkowy aktor – wciela się w rolę ofiary w kilka sekund. Jego łzy i szlochanie to tylko kilka sposób na to, aby „coś” na Tobie wymóc. Można by powiedzieć, że to perfekcjonista w swym działaniu – tu nie ma miejsca na błędy. Toksyczny rodzic jest elastyczny i dopasuje się do każdej sytuacji tak, aby jego zdanie zawsze było najważniejsze. Z zapłakanej matuli szybko przeobrazi się w zimną i zuchwałą damę, która oczekuje, aby jej poddani, czyli dzieci robiły to, co zechce i jak zechce. Z zbolałego ojczulka w mgnieniu oka stanie się żądnym władzy tyranem, który nie tylko będzie oczekiwał posłuszeństwa, ale również dozgonnej wdzięczności za życie, które łaskawie ofiarował. Toksyczny rodzic zmienia swoje maski i potrafi dostosować się do każdej sytuacji. Dobrze wie gdzie jest Twój słaby punkt i na nim na pewno będzie wciąż bazować. Gdy Ty postanowisz się zbuntować szybko okaże się, że jesteś nieszanującym swego „stworzyciela” „niewdzięcznikiem” … Kara będzie bolesna… Poprzez zaszczepienie w Tobie wielu traumatycznych schematów, o których możesz poczytać więcej >TUTAJ< wciąż nieświadomie tkwisz w toksycznym wpływie rodziców. Paraliżujące poczucie winy i ograniczający wstyd wciąż nawołuje, że powinieneś/ powinnaś i musisz być na każde skinienie rodziców. Toksyczny wpływ wręcz zabrania Ci odkryć prawdę o sobie samym i tym samym uwolnić się od destrukcyjnego paraliżu. Do czego posuną się toksyczni rodzice? Toksyczny rodzic to despotyczny i pełen wyrachowania władca. Już od momentu Twojego pojawienia się na świecie postępował tak, abyś to Ty był mu „podwładnym” i uległym… Czas i Twoja dorosłość nie mają prawa tego zmienić. Nic i nikt nie ma prawa ruszyć zasad, którymi on się karmi. Toksyczny rodzic miał i ma duży wpływ na Ciebie – wykorzystuje różnego rodzaju taktyki, aby zniekształcić Twoją rzeczywistością i tym samym dalej Tobą „władać”… TOKSYCZNE RZUTOWANIE Toksyczne rzutowanie polega na przypisaniu dziecku wszystkich mankamentów toksycznego rodzica. Wszystko co złe w toksycznym rodzicu jest winą jego dziecka. Nieświadome tego faktu maleństwa żyją i dorastają w przeświadczeniu, że to, jak zachowywali się względem nich rodzice było i wciąż jest tylko ich winą. Toksyczny rodzic przybiera maskę ofiary, a jego dziecko staje się oprawcą. Toksyczny rodzic buduje nieskazitelny obraz samego siebie, przekazując i wciąż udowadniając swoje wady i przewinienia dzieciom. Obwinianie jest ukochaną zabawką w rękach toksycznego rodzica. Dla przykładu: Zosia zaszła w ciążę w wielu 14 lat. Jako niedojrzała matka obwiniała swoje dziecka za to, że zabrało jej całą młodość. Nikt inny nie był winny, ona sama też nie zrobiła nic złego. Cały swój żal i gniew wylewała na swoje dziecko… Michał nie raz usłyszał od matki: „Spierdoliłeś mi całe życie. A mogłam być piękna i bogata, a teraz siedzę tu z Tobą…” TOKSYCZNA KRYTYKA Dziecko toksycznego rodzica nigdy nie będzie zbyt dobre aby zasłużyć na pochwałę. Nigdy też nie zazna takiego momentu w którym rodzic zauważy jego osiągnięcia. Dla toksycznego rodzica dziecko zawsze będzie zbyt słabe i głupie… Destrukcyjna krytyka to forma umocnienia w dziecku poczucia winy i dozgonnego obowiązku za stan toksycznego rodzica… Dla przykładu: Natalia nawet gdy była już dorosła nie mogła sobie poradzić z wewnętrznym przeświadczeniem, że to właśnie ona spowodowała, że ojciec popadł w uzależnienie alkoholowe. Ojciec nigdy jej nie pochwalił – dla niego zawsze była zbyt głupia i słaba. Wciąż porównywał ją do innych i udowadniał beznadziejność. Gdy poszła na studia, a potem je przerwała usłyszała od ojca: „Przez Ciebie zapije się na śmierć. Zobacz do czego mnie zmuszasz. Jest mi strasznie wstyd za Ciebie…” TOKSYCZNA PAMIĘTLIWOŚĆ Wystarczy tylko jeden raz kiedy zrobisz coś nie tak, a ten jeden raz urośnie do rangi największego przewinienia ludzkości. Wystarczy tylko jedna pomyłka z Twojego życia, a toksyczny rodzic nie zawaha się użyć jej przeciwko Tobie. Twoje nawet najmniejsze potknięcia staną się „igłami wbijanymi w serce” toksycznego rodzica. Toksyczny rodzic będzie ubarwiał i podkoloryzował wszystkie Twoje występki, ale tak naprawdę one nigdy nie będą go boleć… To, co mówi i jak mówi ma Ciebie zaboleć. Dla przykładu: Irena na każdym kroku przypominała synowi, że zapomniał o jej 35 urodzinach pomimo, że ona tak bardzo o niego dbała i dba do tej pory… TOKSYCZNY SZANTAŻ Toksyczny rodzic praktycznie zawsze ma wobec swojego dziecka nieracjonalne oczekiwania. Wyznaje zasadę, że jeśli dał Ci życie to może żądać czego tylko zapragnie. A Twój najmniejszy sprzeciw wobec jego „rozkazów” będzie surowo karany. Toksyczny rodzic nigdy nie rozumiał i nie zrozumie Twoich potrzeb – liczy się tylko on i jego oczekiwania. Im częściej będziesz na ich zawołanie tym szybciej stracisz swoją tożsamość. Próby łagodzenia sytuacji i wewnętrzne monologi w stylu: „Przecież to moja matkę – powinienem…” odbierają Ci prawo do niezależności i wolności… TOKSYCZNE ZAWIĄZANIE Toksyczny rodzic jeśli tylko ma taką możliwość to na pewno uzależni Cię od siebie finansowo. Od małych prezentów po testament, który stanie się swoistym narzędziem do dyrygowania Twoim życiem. Toksyczny rodzic nie tylko będzie mówił Ci co masz robić, ale z miłą chęcią przejmie całkowicie stery nad Twoim życia. Staniesz się marionetką w jego rekach i na pewno nie raz usłyszysz: „Bo Cię wydziedziczę…” TOKSYCZNE OCZERNIANIE Wystarczy, że tylko raz się spóźnisz… Wystarczy, że tylko raz powiesz coś nieproszony/a, a toksyczny rodzic nie zawaha się ani sekundy, aby „cały świat” poznał „prawdę” o Tobie. Całe osiedle, wszyscy sąsiedzi zobaczą jakim też jesteś niewdzięcznym dzieckiem… Nie wystarczy słowo „przepraszam” – toksyczny rodzic choć go przyjmie, to nie odpuści. Będzie wymagał wciąż więcej i więcej… TOKSYCZNA TRIANGULACJA Triangulacja w psychologii oznacza włączanie trzeciej osoby w konflikt. Toksyczny rodzic uwielbia tę metodę – gdy dochodzi do jakichkolwiek rozmów zawsze znajdzie kogoś „trzeciego”, by ten poparł jego stwierdzenia i oczekiwania. Zawierają z nim sojusz – najpierw robią „pranie mózgu” osobie włączanej, a potem ruszą z „sprzymierzeńcem” na swoją ofiarę. Wszystko to, by zaszczepić w Tobie niepewność, a w Twojej głowie na pewno pojawi się niepewność… TOKSYCZNE KONTROLOWANIE Kontrola to jedna z elementów ich warunkowej miłości. Nie masz prawa do własnych decyzji… Nigdy jej nie miałeś i nigdy jej nie doświadczysz. Toksyczny rodzic będzie wpływ nawet na to, jaki papier toaletowy kupisz, a nie mówię tutaj o całej reszcie. Toksyczny rodzic nie zna granic – będzie wpływać na to o której jadasz, co jesz i z kim sypiasz… Wszystko musi być ułożone według jego zasad i reguł, a jeśli „coś” nie wyjdzie to nie bądź zdziwiony/a, że spróbuje Ci wmówić: „Spójrz jak kończą się Twoje samodzielne decyzje. Następnym razem zapytaj mnie o zdanie…” Oczywiście wszystko to niby dla Twojego dobra… Jak uwolnić się od toksycznego wpływu rodziców? Na samym początku zaznaczę, a nawet podkreślę – JESTEŚ OSOBĄ DOROSŁĄ i masz pełne prawa do życia według własnych zasad, nawet na przekór temu, co próbują Ci wmówić tak bardzo destrukcyjne osoby. Masz nie tylko prawo żyć, jak Ci się podoba, ale masz także możliwość uwolnienia się od uciążliwego, tak bardzo toksycznego wpływu Twoich rodziców. Masz prawo poczuć wiatr w żaglach i dryfować po morzu pewności siebie i pełnego wiary w swe możliwości. Na początek najważniejsze to zrozumienie tego w jakiej sytuacji się znajdujesz i jakie są fakty na temat relacji łączącej Cię z rodzicami. Ostrzegam prawda może być bolesna, ale pozwól sobie na nią… To właśnie ona przyczyni się do zmiany. Prawda uwolni Cię od złudnej nadziei, że rodzice w sposób magiczny nagle się zmienią i stworzycie nowy dom pełen ciepłych i radosnych chwil. Kolejna bardzo ważna informacja to kwestia inwestycji w samego siebie – nigdy nie jest za późno, aby zbudować silny wewnętrzny mur ratujący Cię przed toksycznym wpływem rodziców. Zdobądź się na odwagę – ona jest w Tobie… Chciałabym abyś zapamiętał/a bardzo ważne słowa Susan Forward: „Nie jesteś odpowiedzialny za to, co zrobiono Tobie jako bezbronnemu dziecku! Jesteś odpowiedzialny teraz za podjęcie pewnych konstruktywnych kroków rozliczających Cię z przeszłością!” Praca nad uwalnianiem się od emocjonalnego bagażu, który wciąż nosisz na swych plecach nie należy do łatwych. Z czasem pojawi się żal, a nawet dziwna pustka po tym do czego byłeś/aś tak bardzo przyzwyczajony/a. Jednak, aby zmiana nie była zbyt bolesna musisz pamiętać o optymalnym tempie. Liczą się postępy, a nie czas… Aby uwolnić się od bolesnej spuścizny to konieczne jest stawianie czoła problemowi, uznanie swojej niezależności, samookreślenie siebie oraz obarczanie faktyczną odpowiedzialnością tego, kto jest naprawdę odpowiedzialny. Pamiętaj, że nie jesteś sam/a zawsze masz prawo poprosić o wsparcie i spojrzeć na świat w innych barwach. Zawalcz o siebie – działaj !!! Autorka: Agnieszka » O MNIE Bibliografia: Forward S., Toksyczni rodzice. Jacek Santorski &CO Agencja Wydawnicza Warszawa 2006; Glass L., Toksyczni ludzie. Wyd. Rebis Warszawa 2004 ODSZUKAJ RADOŚĆ W KILKU SŁOWACH - CZYTAJ i UCZ SIĘ DZIENNIK MIŁOŚCI WŁASNEJ „DZIENNIK MIŁOŚCI WŁASNEJ” to e-book dla każdego, kto chce zacząć siebie kochać. To propozycja dla wszystkich którzy pragną patrzeć na siebie oczami szacunku, zrozumienia, akceptacji i wdzięczności ❤❤❤ (więcej…) CZYTAJ ELIKSIR PEWNOŚCI SIEBIE ELIKSIR PEWNOŚCI SIEBIE, czyli jak pokonać wewnętrzne i zewnętrzne blokady? Istnieją takie momenty, w których z wielkim cierpieniem na duszy wątpimy w siebie. Nie czujemy się zbyt dobrze we własnej skórze, odczuwamy ucisk w gardle, nogi odmawiają posłuszeństwa, a serce zbyt szybko zaczyna bić. Człowiek sam ze sobą czuje się źle. A wszystko z powodu kulejącej pewności siebie, która daje o sobie znać, w takich momentach, które są dla nas nazbyt obciążające. Dlatego postanowiłam napisać książkę, która dokładnie zobrazuje, jak stać się pewnym siebie człowiekiem. (więcej…) CZYTAJ Źródła braku pewności siebie, czyli skąd u ludzi niskie poczucie wartości? „Źródła braku pewności siebie” to e-book dla każdego, kto chce wziąć pewność siebie w swoje ręce i podjąć decyzję, co dalej powinien z nią zrobić. To nade wszystko źródło schematów głęboko zakorzenionych w podświadomości. To prawda o tym skąd u ludzi niskie poczucie wartości, jak również o tym, co wpływało i wpływa cały czas na naszą pewność siebie. W e-booku: (więcej…) CZYTAJ TOXIC 2, jak poradzić sobie z miłością, która Cię niszczy? Toksyczna więź… Coraz bardziej świadomi, a jednak wciąż tak bardzo nieświadomi… Niestety wciąż zbyt wiele osób tkwi w toksycznych relacjach, całkowicie rujnując swoje zdrowie psychiczne. Nazbyt wiele osób wciąż nieświadomie oddaje swoje życie w ręce wampira emocjonalnego. Traci wszystko – szczęście, radość, poczucie bezpieczeństwa, spokój, swoje prawa, zdrowie i to wszystko w imię zasad, które zostały zbudowane przez toksycznego wampira. Jednak w życiu każdego z nas przychodzi taki moment w których pragniemy tylko jednego – wolności i rozumienia… Czy należysz do tych osób? (więcej…) CZYTAJ TOXIC, jak sobie radzić z osobami, które utrudniają Ci życie? Emocjonalnie wykorzystani… Emocjonalny wampir to szantażysta o wielu twarzach. Gra i wykorzystuje – owija sobie nas wokół palca i nawet nie wiemy kiedy, a już zachowujemy się tak, jak on sobie tego życzy. To nie Twoja wina!!! Emocjonalny szantażysta to cholerny manipulator – wykorzysta wszystko i wszystkich, by zdobyć to, co jest mu w danej chwili potrzebne. W nosie ma uczucia innych – najważniejsze to podbudowanie własnego ego… Najtrudniejszy moment naszego życia to ten, w którym w końcu zdajemy sobie sprawę z faktu, że ta osoba nas krzywdzi. Ciągła krytyka, obgadywanie, niedorzeczne plotki, brak szacunku, obojętność ze strony bliskich… Odczuwasz to u siebie w życiu? (więcej…) CZYTAJ CZARNA KSIĘGA PERSWAZJI Sztuka perswazji to sposób na życie… Choć mylona z manipulacją, to jednak jest bardzo daleka od tego postępowania… Perswazja to sposób przekonywania do własnych racji bez wpływu na zdrowie innej osoby. Pomaga dojść do konsensusu poprzez dyskusję zainteresowanych stron nad zaistniałym problemem – tym samym otwiera drogę do jego rozwiązania. Jest również nieodzownym czynnikiem łagodzącym wszelkie kłótnie, czy spory. Należy pamięć, że perswazja nie polega na zmuszaniu, jak to lubi robić manipulacja. Perswazja nigdy nie jest powiązana z kłamstwem, czy mówieniem nieprawdy. Skupia się przede wszystkim na argumentowaniu danych twierdzeń i postaw w sposób rzeczowy i kompetentny. …ale dość z teorią… Czas zobaczyć, czego nauczy nas CZARNA KSIĘGA PERSWAZJI… Publikacji pomoże przede wszystkim opanować bezcenne techniki życia wśród wielu różnych osobowości… (więcej…) CZYTAJ DEPRESJA NIEWIDZIALNY WRÓG DEPRESJA WCIĄŻ OBECNA… Do tej pory na temat depresji powstało wiele książek, jednak wszystkie „jakieś takieś”… Niby służą pomocą, a wciąż zbyt wiele w nich skomplikowanych terminów… Zbyt mało poradników – zbyt mało prostych przekazów… Dzisiaj chcę Ci przedstawić pozycję, która jest daleka od medycznych nierozumianych słów. Nie znajdziesz tu nic trudnego do zrozumienia. Ta książka jest napisana, by służyć i pomagać – ma zwiększyć świadomość samego chorującego, jak i jego najbliższych, którzy walczą razem z nim. (więcej…) CZYTAJ ZBURZĘ TEN MUR CZAS NA ZMIANY… Czy masz czasem tak, że gdziekolwiek się ruszysz, to napotykasz na mur? Próbujesz coś zmienić, coś osiągnąć, ale nic się nie zmienia? Jest pewien sposób na to… Czas zburzyć ten okropny mur, który przez lata budowany był przez porażki, negatywne myśli, krzywdzące opinie, brak pewności siebie, trudne dzieciństwo, okrutne utarte schematy… Wszystko, czego teraz potrzebujesz, to uświadomienie sobie, jak dotrzeć do własnego szczęścia. Dzięki tej książce odzyskać siebie – zrozumiesz i zaakceptujesz, a przede wszystkim nauczysz się prawdziwie żyć. Trener rozwoju osobistego pomoże Ci zrozumieć, co to znaczy żyć pełnią życia. (więcej…) CZYTAJ WŁADCA SŁOWA Władca słowa… Jak skutecznie i celnie wymierzać słowo, aby osiągnąć władzę nad ludzkimi emocjami? Książka, której opis właśnie czytasz, stawia sobie za cel dać Ci władzę nad ludzkimi emocjami. Będzie tu mowa o tym, jak możesz się nauczyć sięgać poza racjonalne motywy innych ludzi i oddziaływać bezpośrednio na ich instynkty, rozbudzając i rozpalając swymi słowami ich wyobraźnię. Pokażemy Ci, w jaki sposób, sięgając poza racjonalne motywy słuchacza, możesz rozpalać wyobraźnię samymi słowami. Czyli, w skrócie, dowiesz się przede wszystkim… Nauczy się – Jak bezpośrednio wpływać na ludzkie instynkty, emocje i wyobraźnię, sprawiając, że wszelkie Twoje sugestie staną się nieodparcie fascynujące, zniewalające i hipnotyczne? (więcej…) CZYTAJ POTĘGA ŻYCIA – Jak zacząć od nowa, nie zmieniając wszystkiego wokół? Każdy z nas w pewnym momencie swojego życia staje oko w oko z potrzebą zmiany, która często przychodzi niespodziewanie i od której tak naprawdę nie ma odwrotu. Zmiana dotyczy różnych sfer naszego życia, ale w dużej mierze będzie krążyć wokół wewnętrznej potrzeby natychmiastowej odmiany własnego losu… Wewnętrzny głos krzyczy: „muszę coś zmienić, bo inaczej zwariuję”… Zmiana jest nieunikniona, a Ty od dzisiaj stajesz się jej mapą i przewodnikiem… (więcej…) CZYTAJ
Φиδихխхиሞቻ лխςихеբюμω
Д сոпи ςоդюኁеቻጴሤ
ፒυ а
Ожежιфըцխ ωпсокኪсл
Дըջυрθдижዔ ухрኣγኃւօ
Иኗዢյαрапеբ хуропр дቻзвխ
Лωвапιጳու ቲιջዚδ оклоլቁтιс
Да аρыκе
To, jak silnie dziecko zareaguje na rozwód rodziców i jak bardzo go przeżyje, zależy od kilku czynników: Wiek dziecka podczas rozwodu rodziców – z rozstaniem rodziców najtrudniej pogodzić się dzieciom między 7. a 16. rokiem życia. Rodzeństwo – najboleśniej rozwód rodziców przeżywają jedynacy.
49 odp. Strona 1 z 3 Odsłon wątku: 19092 27 września 2011 16:40 | ID: 646890 Wyobrażacie sobie sytuację, w której kobieta sama spędza okres ciąży, bo mąż wyjeżdża np. do pracy za granicę? A może same byłyście w podobnej sytuacji? Jak sobie radzić? Próbować zatrzymać męża za wszelka cenę, czy pogodzić się z jego wyjazdem? 27 września 2011 17:06 | ID: 646910 gdy ciąża przebiega prawidłowo rozłąkę można przetrwać ale po narodzeniu dziecka jednak wsparcie i pomoc małżonka bardzo się przydaje... co do wyjazdu do pracy to zalezy od finansów rodziny jeśli bez tej pracy za granicą ledwo wiążą koniec z końcem to jednak taki wyjazd jest potrzebny zawsze można żonę z dzieckiem ściągnąć do siebie za jakiś czas to też kwestia zaufania w małżeństwie kobieta powinna zadać sobie pytanie czy boi się że sobie sama w ciąży nie poradzi czy raczej boi się że mąż nie wróci już do niej (bo i takie przypadki często się zdażają niestety :/ ) 27 września 2011 17:11 | ID: 646914 A czy nie uważasz Emi, że ciążę powinno się przechodzić wspólnie?... 27 września 2011 17:19 | ID: 646919 Mama Julki (2011-09-27 17:11:59)A czy nie uważasz Emi, że ciążę powinno się przechodzić wspólnie?... Pytanie było do Emi, ale ja się podepnę pod odpowiedź :) Pewnie, że się powinno - ale czasem nie ma wyjścia! Różne sytuacje są w życiu. Ciąża sama w sobie nie była by dla mnie problemem, gorzej chyba zaraz po porodzie. Też zależy od tego, na ile mąż miałby wyjechać, czy np. na dwa tygodnie, na miesiąc czy pół roku - czy więcej. W ostatnich dwóch wersjach nie wyobrażam sobie zostać sama w zaawansowanej ciąży i/lub z małym dzieckiem! Ale tak to juz jest, że życie pisze różne scenariusze. Czasem kobieta musi być silniejsza niż sobie kiedykolwiek wyobrażała, że tak silna może być. 27 września 2011 17:20 | ID: 646922 Lena (2011-09-27 17:19:12) Mama Julki (2011-09-27 17:11:59)A czy nie uważasz Emi, że ciążę powinno się przechodzić wspólnie?... Pytanie było do Emi, ale ja się podepnę pod odpowiedź :) Pewnie, że się powinno - ale czasem nie ma wyjścia! Różne sytuacje są w życiu. Ciąża sama w sobie nie była by dla mnie problemem, gorzej chyba zaraz po porodzie. Też zależy od tego, na ile mąż miałby wyjechać, czy np. na dwa tygodnie, na miesiąc czy pół roku - czy więcej. W ostatnich dwóch wersjach nie wyobrażam sobie zostać sama w zaawansowanej ciąży i/lub z małym dzieckiem! Ale tak to juz jest, że życie pisze różne scenariusze. Czasem kobieta musi być silniejsza niż sobie kiedykolwiek wyobrażała, że tak silna może być. No właśnie - jeśli chodzi o długoterminowy wyjazd... 27 września 2011 17:26 | ID: 646931 Mama Julki (2011-09-27 17:20:59) Lena (2011-09-27 17:19:12) Mama Julki (2011-09-27 17:11:59)A czy nie uważasz Emi, że ciążę powinno się przechodzić wspólnie?... Pytanie było do Emi, ale ja się podepnę pod odpowiedź :) Pewnie, że się powinno - ale czasem nie ma wyjścia! Różne sytuacje są w życiu. Ciąża sama w sobie nie była by dla mnie problemem, gorzej chyba zaraz po porodzie. Też zależy od tego, na ile mąż miałby wyjechać, czy np. na dwa tygodnie, na miesiąc czy pół roku - czy więcej. W ostatnich dwóch wersjach nie wyobrażam sobie zostać sama w zaawansowanej ciąży i/lub z małym dzieckiem! Ale tak to juz jest, że życie pisze różne scenariusze. Czasem kobieta musi być silniejsza niż sobie kiedykolwiek wyobrażała, że tak silna może być. No właśnie - jeśli chodzi o długoterminowy wyjazd... No tak, ale pytanie co znaczy długoterminowy. Dla każdego to co innego i wiele par/małżeństw nie wyobraża sobie paru dni bez siebie a co dopiero tygodni! Dla mnie bariera nie do pokonania w ciąży/z malutkim dzieckiem to miesiąc i więcej. 'W normalnej' sytuacji, to znaczy bez ciąży/dziecka bywaliśmy osobno nawet do 8 miesięcy i było ciężko, choć nie do przejścia - można nawet powiedzieć, że trochę jestem 'zahartowana'. 6 moniczka81 Poziom: Starszak Zarejestrowany: 06-06-2010 12:45. Posty: 9066 27 września 2011 17:27 | ID: 646932 Mama Julki (2011-09-27 17:11:59)A czy nie uważasz Emi, że ciążę powinno się przechodzić wspólnie?... Ciąże powinno się przechodzić wspólnie. Mnie było ciężko i bardzo przykro jak widziałam szczęśliwych przyszłych tatusiów interesujących się maleństwami. Czynnie biorącymi udział w przebiegu ciąży. Tyle że moja sytuacja była inna. 27 września 2011 17:34 | ID: 646936 Jeszcze o jednym aspekcie chciałam powiedzieć, bo wszystkie tak tu zaczęłyśmy, że kobieta, że matka... Nie zapominajmy, że facetom, ojcom i mężom też na pewno ciężko jest podjąć decyzję o wyjeździe czy wyjechać, gdy decyzja już zapadnie! To jest cieżki czas dla wszystkich członków rodziny. Faceci też przeżywają ciążę, kopniaki, rosnący brzuszek i ogólny nasz stan. I to jest czas, którego nie dadzą nadrobić. 27 września 2011 17:41 | ID: 646940 Mama Julki (2011-09-27 17:11:59)A czy nie uważasz Emi, że ciążę powinno się przechodzić wspólnie?... owszem ale jak pisze Lena życie różnie się układa jeśli nie ma środków do zycia to chyba wyjazd lepszy 27 września 2011 17:46 | ID: 646942 Lena (2011-09-27 17:34:30)Jeszcze o jednym aspekcie chciałam powiedzieć, bo wszystkie tak tu zaczęłyśmy, że kobieta, że matka... Nie zapominajmy, że facetom, ojcom i mężom też na pewno ciężko jest podjąć decyzję o wyjeździe czy wyjechać, gdy decyzja już zapadnie! To jest cieżki czas dla wszystkich członków rodziny. Faceci też przeżywają ciążę, kopniaki, rosnący brzuszek i ogólny nasz stan. I to jest czas, którego nie dadzą nadrobić. W końcu ktoś zauważył... To jest naprawdę potwornie ciężkie przeżycie. Wiem po sobie, bo swego czasu sporo wyjezdżałem w delegacje. I teraz juz na takie cos bym się nie zgodził. Może i "głowa rodziny" zarabia, ale "tata" traci. Strasznie dużo - tego się na pieniądze nie przeliczy. 10 Sonia Poziom: Pełnoletnia Zarejestrowany: 06-01-2010 16:15. Posty: 112846 27 września 2011 17:49 | ID: 646946 Byłam w takiej sytuacji. Przez 7 miesięcy w ciąży byłam sama, mąż marynarz, obiecał, że po ślubie zrezygnuje z takiej pracy...I na obietnicach się skończyło. Nawet przy porodzie go nie było.... Wrócił, jak jego syn miał dwa miesiące...A wyjechał dwa dni przed planowanym( przez lekarza) porodem.... Szkoda mi każdej kobiety, która przerabiała podobną sytuację. Naprawdę nic przyjemnego. 27 września 2011 19:34 | ID: 647049 o to i chyba tez o wyjechal w marcu a ja rodzilam w majupierwsze miesiace bylam tylko z malutka wrocil we wrzesniu. 27 września 2011 20:36 | ID: 647096 Ciężko było, ale daliśmy radę. Co prawda wyjazdy były dwutygodniowe, czasem dłuższe, czasem krótsze, więc w sumie nie było tak źle, bo potem był przy mnie non stop przez kolejne 2, czasami 3 tyg. Do lekarza chodziłam sama, jedynie na USG 3 D udało mu się "załapać". Ciąża jak ciąża, najciężej było jak maluszek był już na świecie i Mąż mnie zostawił po tygodniu, bo musiał jechać do pracy. 13 kingurcia Zarejestrowany: 07-12-2010 11:29. Posty: 4294 27 września 2011 20:43 | ID: 647102 Mąż pracował w innym mieście, ale co weekend przyjeżdzał. Wiedzieliśmy, że to tymczasowo i nie było innego wyjścia. 14 Justyna mama Łukasza Zarejestrowany: 09-10-2010 22:03. Posty: 7326 27 września 2011 22:45 | ID: 647254 Mama Julki (2011-09-27 17:11:59)A czy nie uważasz Emi, że ciążę powinno się przechodzić wspólnie?... Olu nie każdy może, mój brat byl na misij nie mógł zrezygnować, koleżanki mąż na morzu wroci po narodzinach, to ciężkie rozstania służba nie dróżba, każy pragnie bliskośći, ale nie zawsze się da. 15 Justyna mama Łukasza Zarejestrowany: 09-10-2010 22:03. Posty: 7326 27 września 2011 22:49 | ID: 647257 Dla mnie rozłąka bylaby straszna, jesteśmy bardzo związani, nie potrafimy weekendu wytrzymać, już w panieństwie jak wyjechałam na 3 m-ce to po m-cu był u mnie. rozstania są ciężkie ale czasem konieczne. 28 września 2011 05:06 | ID: 647343 U nas, na szczescie mąz jeszcze wtedy nie wyjezdzał az tak. Fakt nie było go pare razy, po tygodniu czy dwa, ale dalismy rade - taka praca. W dni planowanego porodu mial jechac na szkolenie, ale zrezygnował. Za to dwa miesiace po porodzie, nie widzielismy sie najpierw miesiac, a potem dwa tygodnie. 17 Isabelle Poziom: Przedszkolak Zarejestrowany: 03-07-2009 19:42. Posty: 21159 28 września 2011 08:21 | ID: 647405 My wiedzieliśmy, że jeżeli chcemy drugie dziecko Cent musi zmienić pracę na niewyjazdową. Nie dałabym sobie rady sama z dzieckiem, będąc w ciąży czy z malutkim drugim dzieckiem i pracą. Poza tym aspektem - więzi ojca z dzieckiem nie da się nadrobić... Ja to widzę na codzień jak Michaś lgnie do Centa coraz bardziej. Mama i owszem jest kochana a le tatuś jest MEGA KOCHANY! To jego guru! 28 września 2011 09:41 | ID: 647470 centaurek (2011-09-27 17:46:01) Lena (2011-09-27 17:34:30)Jeszcze o jednym aspekcie chciałam powiedzieć, bo wszystkie tak tu zaczęłyśmy, że kobieta, że matka... Nie zapominajmy, że facetom, ojcom i mężom też na pewno ciężko jest podjąć decyzję o wyjeździe czy wyjechać, gdy decyzja już zapadnie! To jest cieżki czas dla wszystkich członków rodziny. Faceci też przeżywają ciążę, kopniaki, rosnący brzuszek i ogólny nasz stan. I to jest czas, którego nie dadzą nadrobić. W końcu ktoś zauważył... To jest naprawdę potwornie ciężkie przeżycie. Wiem po sobie, bo swego czasu sporo wyjezdżałem w delegacje. I teraz juz na takie cos bym się nie zgodził. Może i "głowa rodziny" zarabia, ale "tata" traci. Strasznie dużo - tego się na pieniądze nie przeliczy. No właśnie. Mamy ważne zdanie meżczyzny. Bo chodzi zwykle o pieniądze, ale czy one są ważniejsze, niż wspólne przeżycie tego wyjatkowego czasu?... 19 ewelka21 Poziom: Przedszkolak Zarejestrowany: 17-05-2011 01:03. Posty: 3002 28 września 2011 09:57 | ID: 647482 Mój mąż wyjeżdża bardzo często. Niektóre wyjazdy trwają nawet ok. 2 tygodni. Już się do tego bowiem,że taką ma pracę .Wiem także,że na pewno wolałby być przy mnie caly czas...I dlatego jemu może być czasem zdecydowanie ciężej niżmi... 20 wosana Poziom: Starszak Zarejestrowany: 23-10-2010 13:06. Posty: 286 28 września 2011 10:00 | ID: 647485 ja sobie to wyobrazam czasem wazniejsze jest to zeby mial prace ja pierwsza ciaze spedzilam be meza tylko ze mialam oparcie w mamie i babci. moj maz tez mysli o wyjezdzie za granice zeby tam pracowac a potem nas zabrac do siebie. i powiem dla mnie to nie bedzie wielkiej roznicy bo i tak czesciej go nie ma w domu niz jest nawet teraz nie zmienil sie wiedzac ze musi byc w domu i pomagac.
Թочуцխξև прሆбеտըմω
Ωհиնαλωса п
ሗеնθ еቃ ሥглበջጭлωтυ цአ
Вюηևτуμաχወ умխзусαኪи
Хру фኞκօβ ጴጁμաዛ
Witajcie jesteśmy z mężem małżeństwem 8 miesięcy. I od tego czasu cały czas chcą aby mój mąż cały czas do nich jezdził już naprawdę zaczyna mi to działać strasznie na nerwy!
Jesteście z mężem małżeństwem, z którego na świat w czasie jego trwania przyszła Państwa córeczka – z uwagi na ten fakt z mocy prawa posiadacie pełnię władzy rodzicielskiej. Ograniczyć tę władze może jedynie orzeczenie sądu opiekuńczego. Rodzice, którzy posiadają (oboje) pełnię władzy rodzicielskiej mają prawo samodzielnie podejmować decyzje dotyczące spraw bieżących dziecka. Jednak w sprawach istnej wagi potrzebna jest zgoda obojga rodziców, jeżeli jej brakuje taką zgodę zastępuje orzeczenie sądu opiekuńczego. Kodeks rodzinny i opiekuńczy nie wymienia, jakie to kwestie są bardzo istotne. Z natury i praktyki sady uznają za takie istne kwestie sprawy dziecka, które poprzez decyzje rodziców mogą zmienić życie dziecka, np. zmiana miejsca zamieszkania, zmiana szkoły itp. Jak to się ma do Pani wizyt u mamy i sprzeciwu męża? Wszystko w tym przypadku, w mojej ocenie, zależy od częstotliwości i długości tych wizyt. Z opisu sprawy może bowiem wynikać, że mąż ma poczucie pustego domu, w którym na co dzień chciałby mieć żonę i córkę, a jest inaczej z powodu zbyt częstych wyjazdów do Pani mamy. Myślę, że tu nie chodzi o to, czy jest tam miło, czy też nie. Po prostu on chce mieć swoją rodzinę – Panią i córeczkę. Nic w tym złego ani nadzwyczajnego – jedynie jak we wszystkim potrzebny jest umiar i zdrowy rozsadek. Warto po prostu usiąść i porozmawiać na spokojnie, np. po obiedzie, gdy będziecie sami w domu. Wówczas Pani wytłumaczyłaby, że wizyty u mamy są dla Pani bardzo ważne, ale nie tak ważne, jak on i własna rodzina. Warto ustalić, że jeździ Pani np. raz na miesiąc na 2 dni do mamy z córką. Generalnie pretensje męża nie są pozbawione racji – może w zły sposób, bo kłótnią i awanturą próbuje Pani powiedzieć, że po prostu mu brakuje Pani i córki obecności, kiedy przebywa Pani z córeczką u swojej mamy. Pani także musi zrozumieć, że teraz centrum Pani życia osobistego i rodzinnego to nie dom mamy, ale miejsce, w którym zamieszkaliście z mężem i córeczką. Warto dojść w tym temacie do porozumienia, ewentualnie skorzystać z pomocy mediatora, który obiektywnie pomoże Wam ustalić zasady funkcjonowania. Nie ma sensu kłócić się o to, czy doprowadzać do zakazów, które oczywiście może Pani złamać bez konsekwencji prawnych. Jednak konsekwencje życiowe mogą być znacznie dotkliwsze i pociągnąć za sobą w rezultacie także daleko idące konsekwencje prawne nie tylko dotyczące dziecka, ale także Państwa małżeństwa. Zachęcam więc do przemyślenie sprawy, spokojnej rozmowy i mądrego kompromisu z mężem w tym temacie, a dobro Państwa córeczki niech będzie najlepsza płaszczyzną porozumienia. Jeśli masz podobny problem prawny, zadaj pytanie naszemu prawnikowi (przygotowujemy też pisma) w formularzu poniżej ▼▼▼ Zapytaj prawnika - porady prawne online .
Jednak ani po tygodniu, ani po miesiącu mąż nie wrócił do domu. Matka zaczęła udawać, że jeszcze nie wróciła do zdrowia. Mogła już chodzić, ale ciągle opowiadała synowi, jak idąc przewróciła się i ledwo się podniosła, gdy on był w pracy. Od sześciu miesięcy mój mąż mieszka ze swoją matką i wierzy w jej historyjki.
Rodzina zniszczyła mi związek Ojciec Uli był profesorem medycyny, chirurgiem. Człowiekiem sukcesu. Żona, mama Justyny, jest emerytowaną tłumaczką, mają duży dom, dwa samochody, działkę nad jeziorem, nawet pies jest rasowy. Córka poszła w ślady ojca i skończyła medycynę - została pediatrą. - Wszystko miało świadczyć o sukcesie ojca. Na tym idealnym obrazie była jednak jedna rysa - jego mała córeczka zakochała się w "utracjuszu", jak nazywał Maćka. Studiował filozofię, ale studiów nie skończył, wyjechał do pracy za granicę. Jego rodzice nie są zamożni, a on chciał się usamodzielnić. Imał się różnych zajęć, nawet pracował na budowie. Mój ojciec nie dostrzegał, że jest pracowitym cudownym człowiekiem, czułym i dobrym. Najważniejsze było to, że Maciek ma tylko maturę – mówi Ula. W tym "idealnym" domu panował tzw. zimny chów. Ula nie pamięta, żeby ojciec choć raz ją przytulił, pogłaskał po głowie, powiedział, że jest z niej dumny. Kiedy zdała maturę na piątki, pojechała na wakacje do Lizbony, za zdane egzaminy na medycynę dostała samochód. Maciek pokazał jej, że nie tylko osiągnięcia są ważne, ale liczy się też drugi człowiek. - Pierwszy raz ktoś mnie zapytał, co czuję i myślę. Ojciec powiedział, że nie wyjdę za niego, nie zapytał mnie, ale skwitował to jednym zdaniem: "nieuk nie będzie twoim mężem". Całe życie starałam się sprostać jego oczekiwaniom. Marzył, żebym poszła na medycynę, więc poszłam. Grzeczna córeczka tatusia. Pierwszy raz się zbuntowałam, bo kocham Maćka – wspomina Ula. Maciek zaczął studiować zaocznie pedagogikę, pracował jako ochroniarz w sklepie. Ula jako początkujący pediatra w szpitalu dziecięcym nie zarabiała za wiele. Zaraz po ślubie zaszła w ciążę. Ojciec zaproponował, że skoro nie stać ich na własne mieszkanie, to mogą zająć górę domu, nie będą musieli za nic płacić. Załatwił Maćkowi pracę u kolegi w biurze nieruchomości, bo zięć ochroniarz to wstyd. - Dziś wiem, że powinniśmy się wyprowadzić od rodziców, żyć skromnie, wychowywać dziecko. Ale wtedy uwierzyliśmy, że będzie dobrze, że ojciec zaakceptował Maćka, ale on nie przepuścił żadnej okazji, żeby upokorzyć mojego męża. Pamiętam, jak opowiadał, że córka jego przyjaciół, a moja koleżanka, wyszła za mąż za właściciela salonu samochodowego i dziś budują dom za miastem, bo niektórzy umieją w życiu wybrać. Niby taka niezobowiązująca opowiastka, ale wiadomo było, że chodziło o to, że ja niby źle wybrałam. Maciek się wściekał, a mówiłam mu, że jest przewrażliwiony – wspomina Ula. Nieodcięta pępowina Justyna Święcicka, psycholog, mówi, że zdarza się, że rodzice nie pozwalają swoim dzieciom odciąć pępowiny, bo chcą je mieć dla siebie, sprawować kontrolę nad ich życiem, jakby nie zauważali, że one już dorosły. Rodzice są zaborczy, bo chcą czuć się potrzebni. Czasami nie mają własnego życia. Przez lata nie dbali o relacje z innymi ludźmi, swój rozwój, skoncentrowali się na dziecku. A kiedy ono opuszcza dom, zostaje pustka. Zdarza się też, że już nic nie zostało z ich małżeństwa, trzyma ich przy sobie tylko dziecko, boją się, że kiedy ono wyfrunie z gniazda, będą musieli spojrzeć prawdzie w oczy. - Dlatego wolą zajmować się kłopotami syna czy córki, niż swoimi własnymi. Stosują podstępny rodzaj krytyki partnera, obrzydzają go im. Z jednej strony idealizują swoje dziecko, a z drugiej, chcą je wtłoczyć w swoje wyobrażenia o tym, jakiego małżonka powinny mieć. A to wszystko w otoczce troski. Dla rodziców często partner dziecka jest obcą osobą, a oni chcą spędzać czas z własnym dzieckiem. Nie ma w tym nic złego, chodzi o właściwe proporcje. Jeśli dzwonią od czasu do czasu to jest miłe, ale jak kilka razy dziennie, to już jest niepokojące. Muszą pozwolić dzieciom żyć po swojemu i odnaleźć się w swoim związku – mówi Justyna Święcicka. Byłam przyzwyczajona do rozkazów ojca Kiedy urodził się synek Uli i Maćka, byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie. Maciek skończył pedagogikę, zaczął pracować z dziećmi autystycznymi. Mówił, żeby się wyprowadzili, że dadzą sobie radę, że dostał kawalerkę po babci, gdzie mogą się wprowadzić. Ale ojciec Uli przekonywał, że z tego nie da utrzymać rodziny, że po co mają cisnąć się jednym pokoju z dzieckiem, skoro w jego domu mają trzy. - Byłam przyzwyczajona do jego rozkazów, ale nie Maciek. Coraz później wracał do domu, czasami po alkoholu. Coraz częściej się kłóciliśmy, a ojciec ciągle powtarzał, jaki Maciek jest nieodpowiedzialny, że tak to jest, jak niziny aspirują do klasy średniej. Znalazłam się między młotem a kowadłem. Nie umiałam podjąć decyzji, mówiłam, że wszystko się ułoży i nic się nie układało. W końcu Maciek powiedział mojemu ojcu w twarz, że nie będzie nim dyrygował. Ten odpowiedział, że będzie, dopóki u niego mieszkamy. Od słowa do słowa, wywiązała się awantura. Maciek się wyprowadził. Ja zostałam, nie miałam odwagi wyjść. Bałam się biedy, której wcześniej nie doświadczyłam. Nigdy nie przestałam tego żałować. Maciek to mądry facet. A ja uwierzyłam swojemu ojcu, bo zawsze robiłam to, co on chciał, tylko nie zawsze byłam tego świadoma. Nie wiem, jak to się dzieje, że on potrafił wszystkich podporządkować sobie – mówi Ula. Małgorzata mogłaby doskonale zrozumieć Maćka, bo ona też znalazła się w podobnej sytuacji. Pamięta scenę z filmu Woody Allena, kiedy para kochanków jest w łóżku, a z nimi są jeszcze cztery inne osoby - rodzice każdej ze stron. To jakby o niej. Gosia i jej mąż Janek, plus jego rodzice. Teściowa nigdy nie chciała zauważyć, że jej syn jest dorosłym człowiekiem. Dla niej był ciągle małym chłopcem, który potrzebuje pomocy, a Małgorzata wrogiem, który niszczy mu życie, bo nie gotuje na parze, a to jest zdrowe, używa wody z kranu, co z kolei jej zdaniem jest niebezpieczne. Lista błędów popełnianych przez Gosię układana przez teściową nie ma końca. - Żyliśmy w jakimś chorym czworokącie. Mój mąż zawsze był związany z rodzicami, ale byłam przekonana, że wszystko zmieni, kiedy założymy własną rodzinę. To nieprawda, dzisiaj już wiem, że dorosłego człowieka trudno jest zmienić. Jest uzależniony od swoich rodziców, ale nazywa to bliskością i dobrymi relacjami. Mam dobre kontakty z rodzeństwem, ale moje siostry nie siedzą nam na głowie. Dzisiaj jestem już silniejsza, umiem to wszystko nazwać. Kiedyś myślałam, że jestem niewdzięcznicą, która nie docenia poświecenia innych. A z drugiej strony czułam, że jest ich za dużo, że to chore i patologiczne. Zaczęłam dużo czytać w internecie o dzieciach z nieodciętą pępowiną – wspomina Małgorzata. Tacy troskliwi rodzice Gosia pamięta moment, w którym poznała jego rodziców. Była zachwycona: rozmowni, troskliwi i tacy nowocześni. Korzystali z internetu, podróżowali po świecie. I mieli świetny kontakt z synem, wiedzieli z kim się przyjaźni, pytali, co słychać u jego kolegów. Gosia ma trzy siostry, rodzice pracowali, wymagali od dzieci, żeby zajmowały się sobą, nie wyręczali we wszystkim. - Byłam druga z kolei, więc zajmowałam się swoim młodszym rodzeństwem. Rodzice nie rozpieszczali nas, ale czułam się kochana. Miałam fajny dom - wesoły, pełen życia, zabawy, hałasów. Rodzice Janka uważnie słuchali syna, mówił im, o rzeczach, o jakich ja bym nie powiedziała nigdy np. że ma kaca, a mama biegła po kefir. Byłam zachwycona. Niedługo miało się okazać, że ta troska wyjdzie mi bokiem – mówi Gosia. Pobrali się zaraz po studiach, urodził się Michał. Rodzice Janka kupili im mieszkanie, sami je znaleźli, nieopodal swojego. Ale to, co działo się później przerosło najśmielsze wyobrażenia Gosi. Teściowa dzwoniła do nich kilka razy dziennie. A teść przyjechał z zupką według kuchni pięciu przemian. Kiedy Gosia gotowała obiad dla siebie i dla męża, zaraz pojawiała się teściowa z dobrymi radami. Zanim wyposażyli mieszkanie, teść zabrał ich brudne ciuchy, w tym bieliznę do prania. Nie docierało do niego, że dla Gosi jest to krępujące, że na dole mają pralnię. Gosia poprosiła, żeby nie wpadali niezapowiedziani, bo np. może nie być ich w domu, ale ojciec poskarżył się Jankowi, że kazała im nie przyjeżdżać. Znowu usłyszała jaka jest niewdzięczna. Teściowie zniszczyli nam życie - A ja czasami chciałabym zjeść fast fooda, ale tylko we dwójkę. Nie dałam rady tego wytrzymać, myślałam, że zwariuję. Kłóciliśmy się, słyszałam jaka jestem niewdzięczna, że oni tyle nam pomagają – mówi Gosia. W końcu ustalili, że sama będą prać i gotować, a jego rodzice będą dzwonić, kiedy chcą ich odwiedzić, ale wpędzali Gosię w poczucie winy, że jest niewdzięczna, rozbija zgraną rodzinę, chce poróżnić syna z rodzicami. Kłócili się, ona twierdziła, że nie da się żyć w tym czworokącie. Mąż twierdził, że to normalne, że rodzina sobie pomaga. - Często w takiej sytuacji dzieci czują się wykorzystane, a ich partnerzy są zazdrośni. Widzą, że jej lub jego rodzice zawłaszczają przestrzeń, wchodzą na teren, który powinien być przeznaczony dla nich. Wiele zależy od tego, na ile ta osoba chce dorosnąć. Powinna pracować nad komunikacją z rodzicami, mówić czego potrzebuje i wyznaczyć jasne granice. To nie zawsze jest łatwe, bo rodzice manipulują poczuciem winy, na zasadzie, tyle dla ciebie robię, a Ty jesteś niewdzięczna. Dorosłe dziecko musi poczuć, że to jego własne życie, nad którym chce mieć kontrolę i przeciąć pępowinę, dla dobra siebie i związku. A w pewnym sensie i dla rodziców, którzy wtedy będą mogli zająć się swoim życiem. Kiedy źle się dzieje w związku, a partnerzy nie radzą sobie z tym, dobrym rozwiązaniem jest terapia – mówi Justyna Święcicka. Mądrzy po szkodzie - Teściowie zniszczyli nam życie. Bardzo kochałam Janka. Kiedy wyprowadził się do mamusi i tatusia wyłam z rozpaczy. Myślałam, że tego nie przeżyję. Nie tak miało być. Rozstaliśmy się, ale mieliśmy dziecko, tęskniłam do niego. Widywaliśmy się nadal, bo przychodził do córeczki – mówi Gosia. W końcu postanowili spróbować jeszcze raz. Okazja nadarzyła się kiedy Janek awansował, musiał przenieść się do innego miasta, gdzie został dyrektorem oddziału banku. Wtedy Gosia zaproponowała, że przeniesie się razem z nim, że spróbują odbudować rodzinę. - Byle dalej od tych ludzi. Pewnie teściowa wydzwania do męża, ale już jesteśmy sami. Co dwa weekendy jeździ do swoich rodziców, na kilka godzin. Dla mnie jest jeszcze za wcześnie, żeby się z nimi spotkać. Jest we mnie zbyt dużo żalu – mówi Gosia. Dzisiaj Ula wie, żaden jej chłopak nie byłby dostatecznie dobry dla jej ojca. I wcale nie robił tego z troski o nią. Była tylko jeszcze jednym jego sukcesem, a on był przecież człowiekiem sukcesu. Mogła powiedzieć, żeby się nie wtrącał, tak jak Gosia, wyprowadzić się do innego miasta, ale nie dała rady. Nie widziała tego wszystkiego, co wie z perspektywy czasu. Synek Uli ma prawie 10 lat. Ojciec nie żyje od trzech lat. Zmarł na zawał serca. Dla matki Uli wciąż jest guru, od kiedy umarł, ona gaśnie w oczach. Nie umie bez niego żyć, nie da o nim powiedzieć złego słowa. - Matka nigdy nie miała nic do powiedzenia, była cieniem ojca. Może gdyby nie Maciek, też bym nie widziała, że był też despotą, który krzywdził. O zmarłych źle się nie mówi, ale on zmarnował mi wiele lat życia, moje dziecko widuje się z ojcem tylko weekendy. Uwielbia tatę. Wiele bym dała, żeby móc do niego wrócić, ale on jest w nowym związku i wiem, że ona jest z nim szczęśliwa, bo znam Maćka. Gdybym mogła cofnąć czas, mój synek nie wychowywałby się bez ojca – mówi z żalem Ula.
Mój mąż często odwiedzał wieś, w której mieszka moja siostra. Jest wielkim miłośnikiem przyrody, a jego ulubioną aktywnością jest wędkarstwo. Na działce siostry położony jest przepiękny drewniany domek, który często odwiedzaliśmy w wolnym czasie. Dom jest podzielony na część letnią i zimową. Część z
fot. Adobe Stock Myślę, że z moją historią spokojnie mogę konkurować w kategorii najkrótszych małżeństw na świecie. Szczerze mówiąc, jestem wdzięczna losowi, że tak się stało. Gdy pomyślę, że mogłabym mieszkać pod jednym dachem z moim byłym mężem i nie wiedzieć, co robi... Do dziś mam mroczki przed oczami i robi mi się niedobrze. Moje małżeństwo trwało 2 miesiące, ale z Markiem poznaliśmy się kilka lat wcześniej. Na początku byliśmy dobrymi znajomymi, jednak im więcej czasu ze sobą spędzaliśmy, tym bardziej między nami iskrzyło. Trzy lata temu, niespodziewanie klęknął przede mną i zapytał, czy zostanę jego żoną. Byłam w szoku, bo parą byliśmy wtedy dopiero kilka miesięcy. Oboje jednak byliśmy dorośli, w miarę rozsądni i przede wszystkim kochaliśmy się ponad wszystko. Oczywiście, że powiedziałam „tak”. Już wcześniej czułam, że coś nie grało Na kilka miesięcy przed ślubem poczułam, że Marek zaczął dziwnie się zachowywać. Nie przykładałam do tego większej wagi, bo podobno często tak bywa — zrzuciłam to na karb stresu przed weselem i starałam się żyć, jakby nic się nie stało. Mój narzeczony często przebywał wtedy u swojej starszej siostry, Aliny. Alkę, córkę ojca Marka z poprzedniego małżeństwa, bardzo lubiłam. Dziewczyna nie miała jednak szczęścia w życiu. Zostawił ją mąż, straciła pracę i długo nie mogła znaleźć nowej. Było to dla mnie naturalne, że Marek, jej brat i mój wtedy przyszły mąż wspiera ją jak tylko może. Ba! Byłam nawet dumna, że wyjdę za takiego odpowiedzialnego, opiekuńczego i kochającego człowieka. Gdybym wtedy wiedziała, oszczędziłabym sobie wiele wylanych łez i nieprzespanych nocy... Nasz ślub był ogromny. Ja wolałam mieć małą i skromną ceremonię, ale Marek, moi teściowie i moi rodzice szybko mnie zakrzyczeli. Wśród blisko setki gości zabrakło jednak bardzo ważnej osoby — Aliny. Mój mąż był mocno niepocieszony, ale nie potrafił mi wytłumaczyć, dlaczego jego siostra postanowiła nie przyjść na ślub swojego jedynego brata. Ja pomyślałam, że pewnie jest jej przykro patrzeć na cudze szczęście, gdy sama jeszcze nie pogodziła się z rozwodem. Nie zaprzątałam sobie tym głowy. Bo dlaczego miałabym to robić w najważniejszym dniu mojego życia? Już zaraz po ślubie i mój mąż zaczął zachowywać się bardzo podejrzanie. Ukrywał telefon, miał tajemnicze rozmowy, znikał z domu na długie godziny. Nie jestem typem, który panikuje z zazdrości, ale to zachowanie, tak niepodobne do otwartego i szczerego Marka zupełnie wytrąciło mnie z równowagi. Kilka razy próbowałam podsłuchać, z kim i o czym rozmawia, gdy chowa się w łazience lub na balkonie. Udało mi się jednak usłyszeć jedynie fragmenty rozmowy, z których może nie potrafiłam wyciągnąć kontekstu, ale główny sens pozostawał ten sam. Jakieś kochanie, jakiś skarb, jakiś misiaczek... Marek mnie zdradzał. Głupia nie jestem i od razu połączyłam fakty. Mój mąż miesiącami udawał, że jeździ do swojej siostry, by ją pocieszyć, a tak naprawdę spędzał czas z jakąś obcą babą, robiąc nie wiadomo co... Za rękę jednak do tej pory go nie złapałam, bo widocznie przez ten czas doszedł do perfekcji w kłamstwach i ukrywaniu faktycznego stanu rzeczy. Zaczęliśmy się kłócić, Marek coraz częściej znikał na całe weekendy. Pewnego dnia nie wytrzymałam — powiedziałam, że muszę od niego odpocząć i wyprowadzam się do rodziców. Po tygodniu nie mogłam już przestać myśleć o mężu. Myślałam, że taka przerwa dobrze nam zrobi. Oboje przemyślimy nasze zachowania i może uda się nam jeszcze uratować to małżeństwo. Może to ja przesadzam, może nie ma żadnego romansu? Nie mogłam dłużej wytrzymać, bo mimo wszystko nadal kochałam go całym sercem. Pojechałam do naszego mieszkania, by rzucić mu się w ramiona, powiedzieć mu, że go kocham i że wszystko będzie dobrze... Gdy tylko przekroczyłam próg mieszkania, usłyszałam śmiech kobiety. Czyli ja płaczę za nim dniami i nocami, tęsknię i układam plan, jak uratować nasze małżeństwo, a on sprowadza sobie dziwki do naszej sypialni?! Poszłam za źródłem głosu, ciągle modląc się, bym się myliła, by to nie było to, co myślę... A było jeszcze gorzej Nakryłam ich w łóżku. Naszym łóżku. Marek i Alina, jego siostra, w najlepsze zabawiali się ze sobą. Myślałam, że zwymiotuję. — Marek?! Alina?! Co wy robicie?! Jak mogliście?! — krzyknęłam. Oni spojrzeli na mnie przerażeni. — Anka... To nie tak... — powiedział mój mąż, odsuwając się od niej jak poparzony. — Wynoś się... wynoście się oboje! — wrzasnęłam, ciskając w nich pierwszym z brzegu przedmiotem, który znalazł się w zasięgu mojej ręki. Czyli mój mąż nie kłamał. Jeździł cały czas do swojej siostry, by ją „pocieszyć”. Jak faktycznie to pocieszanie wyglądało? Nie chcę nawet o tym myśleć. Wyrzuciłam go z mieszkania, zablokowałam jego numer i wszystkie konta w portalach społecznościowych. Kontaktuje się z nim jedynie mój prawnik. Ja zostałam w naszym mieszkaniu, ale nie potrafię nawet wejść do sypialni. Zbiera mi się na wymioty, gdy pomyślę, ile razy mój były niedługo mąż sypiał w niej z własną siostrą... Powinnam się wyprowadzić, ale z drugiej strony, to mój dom, w którym pełno jest też pozytywnych wspomnień... Więcej prawdziwych historii:„Wyjechałem na urlop z miłą i skromną dziewczyną. Godzinę później wracałem z narzekającym, rozwydrzonym babsztylem”„Miałam wszystko, ale zostawiłam kochającego męża dla kochanka, bo mnie nudził. Teraz zmieniłam zdanie i chcę wróci攄Mąż nagle zaczął dawać mi drogie prezenty i stał się wyjątkowo czuły. Dziad mnie zdradza - jestem tego pewna”„Podczas imprezy firmowej wdałam się we flirt z klientem. Zupełnie zapomniałam, że w domu czeka na mnie mąż”
Mąż mąż ciągle zerka na byłą kochankę Regulamin; Polityka prywatności; Kontakt; Forum Kafeteria jest częścią Wirtualna Polska Media SA. Powered by Invision Community.
Najbardziej nieprawdopodobną częścią pracy psychologa są ludzkie historie. Dla mnie to niesamowite – mimo tego, że rozpoczynając przygodę z tym zawodem teoretycznie mogłabym się tego spodziewać. Zetknięcie się z tymi wszystkim przeżyciami, opowieściami i towarzyszenie w przebywaniu wielu ciężkich ścieżek, zmienia. Z jednej strony odbiera naiwność i przekonanie, że wszystko u innych jest idealne i lepsze niż u mnie. Buduje pokorę, bo pokazuje, że tak naprawdę każdy z nas ma jakieś demony i przykre wyzwania, którym musi sprostać. Z drugiej strony każda taka historia pokazuje, że można i warto próbować walczyć z tym, co nie jest łatwe. Walczyć – nie mam dla Was coś absolutnie wyjątkowego. Zamiast mojego tekstu, mam dla Was historię Ani, która postanowiła zmienić swoje życie i zawalczyć o szczęście. Pomimo wielu przeciwności, wątpliwości i całego wachlarza emocji, podjęła decyzję, która nie była przez wszystkich rozumiana. Zaczęła wybierać siebie, dbać o to, co dla niej najważniejsze. Postanowiła zakończyć to, co toksyczne. Mam wielką nadzieję, że jej opowieść będzie dla Was tak dużą inspiracją, jaką jest dla mnie. Aniu, bardzo Ci dziękuję za to, że dzielisz się z nami tym naprawdę, to nie wiem sama od czego zacząć… Mam ogromną potrzebę podzielenia się swoimi doświadczeniami, które bardzo dużo mnie kosztowały. Spisując moją historię, nie zamierzam nikogo krytykować ani oceniać. Swoich rodziców bardzo kocham – pragnę jedynie pokazać, że z pewnymi przeciwnościami możemy walczyć, że miłość do rodziców nie oznacza bezgranicznego posłuszeństwa, przytakiwania i spełniania oczekiwań nawet w dorosłym życiu. Moje doświadczenia są dla mnie cenną lekcją na przyszłość, jak nie postępować w stosunku do własnych dzieci…Przez ostatni rok dużo się w moim życiu zmieniło – musiałam podjąć pewne kroki, żeby uwolnić się od niezdrowych relacji ze swoją mamą. Jednym z ważniejszych kroków było pójście na terapię, aby poradzić sobie z negatywnymi emocjami, smutkiem i niskim poczuciem wartości, które były efektem toksycznych relacji, jakie łączyły mnie z mamą przez długie lata. Miałam ogromne wsparcie męża i mojej przyjaciółki, jednak w pewnym momencie doszłam do wniosku, że muszę to fachowo przepracować, aby odzyskać radość życia. Czułam, że zaczynam się rozsypywać na kawałeczki. Nie chciałam, aby moje dzieci patrzyły na smutną mamę, chociaż chciałam to przed nimi ukryć. Chwilami było mi tak ciężko, że nie miałam siły wstać rano z łóżka. Dopiero tuż przed 40-tymi urodzinami postanowiłam coś z tym zrobić. Moja historia pokaże, że nie trzeba pochodzić z rodziny z problemami alkoholowymi, przemocą fizyczną, itp. żeby poczuć się tak jak ja. Czasami nawet miłość bywa toksyczna, zwłaszcza jeżeli odbiera nam przestrzeń życiową, burzy porządek i odbiera pewność decyzję o spisaniu mojej historii, byłam pewna, że będzie ona bez „happy endu”. Jednak pojawiły się pewne okoliczności, które nadały pewnym sprawom nowy bieg. Ale o tym na zakończenie…Właśnie skończyłam 40 lat, chociaż wcale się nie czuję na ten żoną i mamą trójki wspaniałych chłopców – 4, 6, i 10 lat. Jestem pedagogiem – uczę języków obcych w szkole podstawowej i bardzo kocham swoją pracę. Jestem bardzo szczęśliwą mężatką imamą, a mimo to, do niedawna nie potrafiłam się w pełni cieszyć swoim szczęściem. Moje problemy zaczęły się już w dzieciństwie, jednak dopiero teraz postanowiłam dać sobie szansę na życie bez poczucia winy i ciągłego zadowalania osoby, której oczekiwaniom niestety chyba nikt nie jest w stanie sprostać. Z zewnątrz, na pozór może się wszystkim wydawać, że moje relacje z mamą są idealne, jednak prawda wygląda(ła) troszkę inaczej. Mama miała trudne relacje również ze swoimi rodzicami. Nie opuściła ich jednak do samej śmierci, opiekowała się nimi w chorobie – chociaż te trudne relacje tego nie ułatwiały. Ze swoją siostrą nigdy się nie dogadywały, również z siostrzeńcami były nieporozumienia. Z taty rodziną też bywało różnie. Wiem z obserwacji, że nie zawsze wszyscy byli w porządku w stosunku do rodziców, ale trzeba czasami odpuścić, zapomnieć o żalu i uzmysłowić sobie, że nikt z nas nie jest idealny…Wychowywałam się w domu jednorodzinnym, tzw. wielopokoleniowym. Całe dzieciństwo pamiętam kłótnie pomiędzy rodzicami i dziadkami. Byłam w to poniekąd wciągana, ponieważ rodzice jako jedynaczkę traktowali mnie „po partnersku” i mnie o wszystkim informowali. Byłam też permanentnie naocznym świadkiem tych nieporozumień. Teraz z perspektywy dorosłego człowieka i mamy trójki dzieci, zdaję sobie sprawę z tego, że nie powinnam być świadkiem tych kłótni. Rodzice przedstawiali mi zawsze swoje racje, a ja im zawsze bezkrytycznie wierzyłam, nie dopuszczając myśli, że nie do końca tak jest, że każda ze stron ma swoje racje, a prawda zazwyczaj leży gdzieś jak już wspomniałam, moi dziadkowie, siostra mamy oraz jej dzieci z pewnością nie byli zawsze w porządku w stosunku do moich rodziców, jednak po moich licznych doświadczeniach głównie z mamą , wiele zrozumiałam i nauczyłam się inaczej odbierać świat. Moja mama starała się być jak najlepszą mamą , jednak często kierowała się zbyt gwałtownymi emocjami, nie potrafiła słuchać, wyciągać wniosków i krytycznie spojrzeć na swoje poczynania. Nigdy nie potrafiła przyznać się do błędu ani przeprosić. Dzisiaj czasy się na szczęście zmieniły – era kiedy „dzieci i ryby głosu nie miały” minęła bezpowrotnie. Ja nie mam z tym problemu, żeby przeprosić własne dziecko, że np. zbytnio się uniosłam. Uczę swoje dzieci w ten sposób szacunku i pokazuję, że każdy ma prawo do emocji, nawet tych złych, ale nie wolno nikogo ranić ani poniżać. Kiedyś była to prawdopodobnie ujma na honorze rodziców przeprosić własne dziecko…Myślę, że problemy mojej mamy wynikają z trudnych relacji z jej rodzicami – ma ogromne poczucie krzywdy, ponieważ dziadkowie zawsze faworyzowali jej siostrę, czuła się odrzucona. Ponadto ma zbyt wygórowane oczekiwania w stosunku do ludzi, a przede wszystkim bliskich. Mam zawsze nieodparte wrażenie, że mama układa sobie w głowie pewien scenariusz dotyczący jakiejś sytuacji, nadchodzącego wydarzenia i jeżeli nie „odgadnie” się jej oczekiwań oraz ich nie spełni – jest bardzo rozczarowana i potrafi bardzo dosadnie to wyrazić. Jest to osoba, która z jednej strony oferuje innym pomoc, jednak później oczekuje wdzięczności – takiej jaką sobie wymarzy. Patrząc na mamę, myślę, że jest pełna sprzeczności – potrafi bardzo kochać, nieść pomoc, poświęcać się i jednocześnie bardzo zranić, jeśli coś nie idzie po jej byłam z mamą mocno związana jedynaczka, zawsze wierna… Jako dziecko, nastolatka nigdy nawet nie dopuszczałam myśli, że może nie mieć racji, a ja mogłabym mieć własne zdanie i czasami się jej sprzeciwić. Tata zaczął wyjeżdżać za granicę gdy byłam jeszcze bardzo mała – miałam dwa latka. Potem mama pojechała do niego, zostawiła mnie na dwa tygodnie z dziadkami. Nie chciała jednak tam zostać, chociaż miała możliwość i wróciła do mnie, bo bardzo tęskniłyśmy obie. Dokładnie pamiętam jak skreślałam dni w kalendarzu. Za jakiś czas wspólnie z mamą pojechałyśmy do taty na stałe do Niemiec – mieszkaliśmy tam 5 lat. Wróciłam jako nastolatka, trochę zagubiona, nie mogłam za bardzo odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Będąc z rodzicami za granicą zyskałam język – niemiecki to dla mnie mowa ojczysta. W Niemczech też miałam dobre początki z językiem angielskim. Okazało się, że mam zdolności językowe. W Polsce skończyłam Lingwistykę Stosowaną. Wyjechałam na studia 350 km od rodzinnego domu. Nie dostałam się bliżej i… bardzo mnie to ucieszyło. Myślę, że podświadomie pragnęłam niezależności i oddechu. Cały czas byłam z mamą, tata wciąż w pracy poza Polską. Ja miałam wciąż poczucie obowiązku, że muszę towarzyszyć mamie na każdym kroku. Wspierać ją, bo miała problemy ze swoimi rodzicami, z siostrą, teściową , siostrami mojego taty. Wówczas wydawało mi się, że świat jest okropny, ludzie straszni, nawet rodzina przeciwko nam, że każdy ma jakieś złe intencje. Tak byłam wychowywana i tak odbierałam te wszystkie rodzinne niesnaski. Mama miała na moje emocje taki wpływ, że nawet wtedy, gdy posprzeczała się z tatą, a wiedziałam, że nie ma racji – nie ośmieliłabym się stanąć po jego stronie. Potwornie bałam się ją zranić, sprzeciwić jej. Wszelkim wyjazdom na wakacje (zawsze z rodzicami nawet w ogólniaku) towarzyszyły nieporozumienia z mamą. Rodzice też się sprzeczali, a ja wciąż robiłam „coś nie tak”. Dorastałam w poczuciu, że nie poradzę sobie z wieloma rzeczami. Rzeczywiście bywałam pechowa – tu coś rozlałam, tam potłukłam, do dzisiaj mi się to zdarza. Ale jak miałam być zaradna, skoro mnie w wielu rzeczach wyręczano, nie umiałam podejmować samodzielnie decyzji, mama mi wszystko narzucała: Powiedz to, zrób to, nie rób tamtego. Czasami mama układała mi całe zdania, co mam komuś ja byłam potulna i miałam więc możliwości wyrobienia sobie poczucia własnej wartości oraz umiejętności podejmowania samodzielnych decyzji. Bardzo dokładnie pamiętam ostatnie wakacje z rodzicami – teoretycznie bardzo ciekawe, bo w Stanach Zjednoczonych, ale wspominam je jak zły sen. Byliśmy u anglojęzycznej kuzynki mamy, rok wcześniej oni odwiedzili nas z dziećmi w Polsce. Spędziliśmy tam trzy tygodnie. Na początku byliśmy u nich sami, bo wyjechali do innego stanu na ślub. Ja byłam dla rodziców tłumaczem, ale mama zawsze miała do mnie jakieś uwagi. Dochodziło między nami do poważnych spięć, ciągle płakałam, a tata nie potrafił mnie wesprzeć. Tylko mówił, że mamy się obie uspokoić. Jedynie ukradkiem mówił mi, że mnie rozumie, ale ja przecież wiem jaka jest mama. Ja nawet nie potrafię powiedzieć o co tak naprawdę chodziło – to jest właśnie ogromny problem w relacjach z moją mamą… Oprócz jej wygórowanych wymagań, zupełna nieprzewidywalność. Wyjazd zakończył się konfliktem z kuzynką mamy, ponieważ również ona nie spełniła mamy rzeczywiście mają inne pojęcie o gościnności, ale to ludzie wychowani w innej kulturze i innych realiach. Po prostu „Help yourself”. A nasza polska gościnność jest zupełnie inna – może trochę wynika to z naszych narodowych kompleksów, będących skutkiem poprzedniego ustroju? Jednak nie możemy oczekiwać, że każdy nam za wszystko się odwdzięczy z nawiązką. Do dzisiaj mnie potwornie stresuje właśnie ta nieprzewidywalność mamy – dzwonię i nie wiem jaki nastrój będzie… Jako dziecko i nastolatka ciągle pytałam: „Mamusiu gniewasz się na mnie? Coś nie tak zrobiłam?”. Teraz dopiero uświadamiam sobie jak okropnie się z tym czułam. Pamiętam jak rodzice mnie odwiedzali na studiach – zawsze były jakieś nieporozumienia. Starałam się jak najlepiej ich ugościć, ale zawsze był powód, żeby się obrazić. Pamiętam jak już wynajmowałam mieszkanie z moim chłopakiem – aktualnie już mężem. Pojechaliśmy do naszego kolegi, który robił pożegnalną imprezę dla przyjaciół, ponieważ wyjeżdżał na stałe do Anglii. Rodzice wtedy mnie odwiedzili na kilka dni, a ja zapytałam czy możemy się na trzy godzinki wyrwać na tę imprezę (to był naprawdę bliski przyjaciel mojego męża). Usłyszałam, że nie ma problemu, bo i tak chcieli skoczyć do sklepu. Zakupy zrobili, ja wróciłam na czas, jednak po moim powrocie usłyszałam, że upodliłam rodziców idąc na spotkanie.. I znów płacz, zdołowanie… Takich sytuacji było mnóstwo. A tata grzecznie przytakiwał, chociaż wiedziałam, że ma inne zdanie. Przez to wszystko latami wzrastało to moje niskie poczucie wartości, że jestem do niczego. Wprawdzie odnosiłam sukcesy w szkole, zdawałam egzaminy językowe, maturę zdałam najlepiej w szkole, wyjechałam w nagrodę po pierwszym roku studiów na stypendium zagraniczne, a rodzice mnie zapewniali, jacy są dumni, zupełnie brakowało mi pewności się tak zagubiona jak mała szkole podstawowej w Polsce, potem w Niemczech miewałam problemy z rówieśnikami. Zawsze żaliłam się mamie – a ona dawała mi swoje rady, co mam powiedzieć koleżankom i… było jeszcze gorzej. Musiałam też zawsze przestrzegać wytycznych – z tą się zadawaj, z tą nie. Moje koleżanki określane były różnymi epitetami, a ja się miotałam pomiędzy tym, co nakazywała mama, a tym, co dyktowało mi serce. Teraz z perspektywy dorosłego człowieka wiem, że to co robiła mama było bardzo złe. Niszczyło mi to radość dzieciństwa, beztroskę. Dzieci takie są – szczere do bólu, dziś się pokłócą, a następnego dnia uwielbiają. Najlepiej żeby rodzice nie wchodzili w te relacje – oczywiście w błahych kwestiach. Sama to obserwuję na co dzień w pracy – dzieci się zawsze porozumieją, czasami wystarczą dyplomatyczne pertraktacje wychowawcy pomiędzy zwaśnionymi stronami i gotowe. Setki razy to przerabiałam. Gorzej gdy zaczynają się wtrącać rodzice – wówczas zazwyczaj konflikt pomiędzy dzieciakami się pogłębia. Myślę, że gdyby moja mama tak się nie wtrącała, inaczej mną pokierowała, moje szkolne kontakty towarzyskie byłyby dużo lepsze. Gdy wyjechałam na studia mogłam swobodnie dobierać sobie towarzystwo i moje problemy z relacjami z ludźmi się skończyły. Oczywiście nie nastąpiło to od razu – to był długi i bolesny proces, musiałam się kilkakrotnie sparzyć, bo zbyt zaufałam, ale ostatecznie nauczyłam się funkcjonować w grupie i społeczeństwie i prawidłowo odczytywać intencje innych ludzi, przecież nie każdy nam źle życzy. Pomimo odległości nie uderzyła mi „woda sodowa”, rodzice nie mieli ze mną żadnych problemów. Studia skończyłam, obroniłam się, a pracować zaczęłam już na czwartym roku. Tutaj też nie sprostałam oczekiwaniom – miałam zostać tłumaczem, a zostałam nauczycielem. Skończyłam studia z podwójną specjalizacją i mogłam szukać pracy jako tłumacz w jakiejś korporacji. Jednak nigdy nie dawało mi to tyle satysfakcji, co nauczanie. Po pewnym czasie zrozumiałam, że szkoła – praca z dziećmi i młodzieżą daje mi niesamowitą satysfakcję, radość i poczucie, że robię coś ważnego i jestem innym jeżeli mamy pozytywny oddźwięk tego co robimy, możemy być pewni, że jesteśmy na właściwej praca na czwartym roku miała być tylko formą zarobku, na chwilę – a trwa już 17 lat i nie zamierzam tego zmieniać. Jednak latami słuchałam ile bym zarobiła w firmie, nie musiałabym siedzieć nad sprawdzianami po nocach (mój mąż pracuje w firmie i pracuje po nocach, męczyć się z rodzicami uczniów. Moja mama zawsze robiła to w dobrej wierze, żeby było mi łatwiej – tyle, że ja nigdy nie narzekałam.. A ciągle musiałam się tłumaczyć, udowadniać i zapewniać jaka ta moja praca jest fajna. Warto tutaj dodać, że moja mama nigdy nie pracowała zawodowo na etacie (miała jedynie po drodze własne działalności w postaci sklepów) i być może z tego powodu nie rozumie mnie. Poświęciła się mojemu wychowaniu, dużo chorowałam i to utrudniło jej pracę. Jestem wdzięczna, bo robiła to w trosce o mnie. Nie piszę o tym, aby umniejszać zasługi mojej mamy – tylko, że ona zawsze podkreśla ile dla mnie zrobiła, jak jej ciężko, ile poświęciła. Mam nieodparte wrażenie, że muszę coś „spłacić”. Ja również miałam i mam problemy z dziećmi, ponieważ bardzo chorują. Gdy urodził się pierwszy synek, próbowałam wrócić do pracy, jednak musiałam na dwa lata odpuścić ze względu na jego stan zdrowia. Młodsze dzieci też chorowały i musiałam się miotać pomiędzy byciem mamą i pracą zawodową. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałabym im cokolwiek wypominać lub oczekiwać jakiejś wdzięczności. Na tym polega bycie rodzicem. Nie należy oczekiwać od dzieci „spłacenia” tego, co dla nich zrobiliśmy. Miłość, szacunek i wsparcie jakie im damy w dzieciństwie, z pewnością zaprocentują w przyszłości dobrymi że opieka nad chorymi, starszymi rodzicami również była dla mamy ogromnym wyzwaniem. Rozumiem, że było jej trudno, jednak nie mogę pojąć tej wzmożonej potrzeby współczucia i podziwu za wszystko, co robi. Lata kiedy mama opiekowała się dziadkami (najpierw odszedł dziadek, później babcia) były bardzo trudne – zwłaszcza dla mamy, bo była z tym sama. Ja 350 km od mamy, z trójką małych dzieci– nie mogłam ich zostawić, żeby pomóc. Tata pracował za granicą. Oferowałam swoją pomoc, gdyby rodzice chcieli wyjechać, że mogę wziąć babcię do siebie – jeżeli zniesie trudy podróży. Nagminne choroby chłopców, ich wiek oraz moje zobowiązania zawodowe, ograniczały mi możliwość czynnego zaangażowania się w pomoc mamie. Mogłam ją jedynie wysłuchać i wesprzeć przez telefon. I tak było latami – czułam się czasami jak taki worek na śmieci, do którego wrzuca się wszystkie swoje frustracje. Nieustanne telefony gdy mama miała nieporozumienia z dziadkami, później problemy z opieką nad dziadkiem, babcią, a to znów, że z tatą żyją oddzielnie. Takie ciągłe narzekanie, niezadowolenie – ja się czasami czułam tak, jakbym była wszystkiemu winna.. Starałam się ją zawsze wysłuchać, ale te rozmowy trwały czasem po dwie godziny i mama nie patrzyła na to, że muszę się zająć dziećmi, domem, przygotować się do pracy. Nie chcę wyjść na osobę, która nie ma w sobie empatii – ja się bardzo tym wszystkim martwiłam, starałam się wspierać, jednak jakkolwiek bym nie zareagowała – nigdy nie spełniałam oczekiwań mamy. W tych wszystkich rozmowach brakowało miejsca dla mnie i na moje sprawy… Czasami czułam się tak, jakby się nasze role odwracały – jakbym ja była mamą a moja mama córką. Liczne telefony były też źródłem nieporozumień, bo mama nie rozumiała, że jestem w pracy i mam zajęcia i nie mogę sobie tak po prostu odbierać telefonów od niej. A zazwyczaj były to kwestie, które mogłyśmy omówić po południu. Jednak 16 (!) nieodebranych telefonów budzi w nas lęk, że coś się stało. A ostatecznie okazywało się ,że chodzi o błahostkę. Ja prowadzę inny tryb życia niż mama. Gdy ona była w moim wieku, ja już byłam na studiach. Ja muszę rano ogarnąć trójkę dzieci (jest to ogromne wyzwanie logistyczne), szkoła, przedszkole i zdążyć do pracy. Potem poodbierać – często jestem też późno w domu – a tu jeszcze lekcje do odrobienia, maluchom też trzeba poświęcić trochę czasu, domowe obowiązki no i zobowiązania zawodowe (ale to dopiero po godzinie 22-giej jak dzieci już śpią). Z trudem znajdujemy z mężem chwilę, żeby wieczorem zamienić kilka zdań. Dzisiejsze czasy są trudne dla rodziców, rodzin, ponieważ to one na nas wymuszają pewne rzeczy, ale trzeba w tym wszystkim znaleźć czas dla rodziny i siebie. Mój mąż zdaniem moich rodziców tylko siedzi przy komputerze – a on naprawdę bardzo ciężko pracuje, czasami ponad siły. Gdy odwiedzamy rodziców, mój mąż często musi skorzystać z Internetu i nie jest to związane z tym, że kogokolwiek nie szanuje czy lekceważy. Po prostu takie są dzisiejsze czasy i taką ma pracę. Większość ludzi dzisiaj rozpoczyna dzień od sprawdzenia skrzynki mailowej, dziennika elektronicznego jeżeli ma dzieci w wieku szkolnym, itd. A my się ciągle tłumaczyliśmy, jakbyśmy byli parą nastolatków, którzy muszą uzyskać aprobatę rodziców. Mój tata przyjeżdżając do domu nie zabiera swojej pracy, ponieważ ma firmę budowlaną i inny charakter pracy, więc nas nikt nie rozumie. Gdyby mój mąż siedział na portalach społecznościowych, grał w gry- rozumiem, że mogliby na to źle patrzeć. Ale w tej sytuacji?Przełomowym momentem było też moje zamążpójście – 12 lat temu. Mój mąż był od początku krytykowany – nie tak siedzi, nie tak się odzywa, albo wcale się nie odzywa. Chyba nie był wymarzonym zięciem.. Moja teściowa, to też nie „klimaty mojej mamy”. Tu muszę dodać, że mam wspaniałą teściową, która bardzo mi dużo w życiu pomogła. Zawsze mogłam na nią liczyć (ona na mnie też). Traktuje mnie jak własną córkę, mieszkamy od trzech lat „przez ścianę” i nigdy nie miałyśmy żadnych nieporozumień. Myślę, że nasza relacja oparta jest przede wszystkim na szczerości, wzajemnym szacunku i nikt nie ma żadnych wygórowanych oczekiwań. Moja teściowa nigdy nie narzeka, a życie miała kiedyś bardzo trudne… Nigdy mi niczego nie wypomniała. Jest mi przykro, że mama tak źle ją postrzega – nigdy tego nie zrozumiem… Usłyszałam nawet kiedyś, że mam ”nową mamusię” – bardzo mnie to zabolało. Moja teściowa ma jeszcze córkę i nie ma problemów w relacjach z nią, jej partnerem czy teściami. Jeździ do nich regularnie (mieszkają też daleko), tam ma wnuczkę oprócz naszych łobuziaków, spędzają wspólnie święta. Gdy moja mama nas odwiedzała zawsze się staraliśmy, żeby ją miło, serdecznie przyjąć– jak każdego gościa. Ale zawsze okazywało się, że coś nie tak zrobiliśmy. Zarzucano nam brak wdzięczności gdy mama coś pomogła przy wnukach, a to mąż nie tak się odezwał. Taka wizyta to ciągły stres, nawet wówczas miedzy nami dochodziło do napięć. Podczas jednej z wizyt mój mąż został obrzucony licznymi epitetami przy naszym wówczas 4-letnim synu… Potem obrażanie się , że już nas nigdy nie odwiedzą, że to wszystko nasza to rozmowy z mamą często kończyły się płaczem, zdołowaniem i bezsilnością. Próbowałam się porozumieć, bezskutecznie. Wciąż zadawałam sobie pytanie” Co ja robię nie tak?”. Ciągle nieporozumienia miały również miejsce podczas wizyt u rodziców – zawsze jeździłam tam z mężem i dziećmi na każde święta, dwa tygodnie wakacji. Chciałam, żeby dzieci miały kontakt z dziadkami. Jeździłam nawet, gdy były chore, chociaż pediatra sugerowała żeby się zastanowić nad tak długą podróżą. Ale z każdą wizytą było coraz gorzej. Ja nawet nie potrafię wytłumaczyć co było powodem takich sytuacji – to wszystko było tak absurdalne. Tata ze mną często potajemnie rozmawiał o tych wszystkich sytuacjach – że on wie jak to jest, bo mama też go tak traktuje, ale co on może zrobić? Ja również żaliłam się tacie, ale jak się potem okazało obróciło się to wszystko przeciwko mnie.. Mama ma bardzo silny charakter i nawet tatę owinęła sobie wokół palca, bał się sprzeciwić czy stanąć po mojej stronie. Jednak tata zawsze mi się zwierzał na temat mamy, a podczas spacerów z psem, w których często towarzyszył mu mój mąż cały czas wylewał z siebie żale na temat mamy.. Gdy mąż mnie zawoził z chłopcami na wakacje, już po dwóch dniach dzwoniłam potajemnie z płaczem, że chciałabym być w domu, bo bardzo źle się tam czuję. Gdy nie było mojego męża, mama pozwalała sobie na dużo więcej. Zawsze między wierszami „wbijała mi szpile”. Głównie były to opowieści o dzieciach jej znajomych – jacy byli pomocni i wspierający dla swoich rodziców. Strasznie bolało, bo starałam się być dobrą córką, jednak chyba nie wystarczająco dobrą… Byłam wówczas zła sama na siebie, że jestem dorosłą osobą – żoną i mamą trójki dzieci, a pozwalam się w taki sposób traktować. Czara goryczy przelała się podczas ostatnich wakacji. Zaczęły się bardzo smutno, ponieważ po ciężkiej operacji odeszła moja babcia… Po pogrzebie spędzaliśmy urlop w górach, codziennie stamtąd dzwoniłam do rodziców uprzedzając, że nie zawsze będę miała włączony telefon. Ostatniego wieczoru zapomniałam go włączyć, mąż też miał wyłączony ze względu na pracę i dopiero bardzo późno zorientowałam się, że rodzice dzwonili. Postanowiłam, że oddzwonię rano, jednak nie zwróciłam uwagi, że tych połączeń było kilka. Rano nie zdążyłam oddzwonić, ponieważ mój tata mnie ubiegł, a rozmowa była bardzo przykra – z epitetami na mój temat oraz że jestem nieodpowiedzialna, ponieważ myśleli że nam się coś stało. Poza tym, tak na mnie krzyczał, że musiałam trzymać telefon z dala od ucha, a obok były moje dzieci w pokoju. Rozumiem troskę, ale nie zrozumiem braku szacunku do dorosłej osoby – ja nie jestem już małą dziewczynką. Na nic zdały się tłumaczenia – ciąg dalszy miała ta sytuacja gdy zajechaliśmy do rodziców. Tato mnie bardzo zaskoczył tym jak się do mnie odnosił – powiedział, „że się na mnie zawiódł, że mi tego nigdy nie daruje…” Ale czego? Tego, że nie odebrałam telefonu?Powtórzył to chyba ze sto razy. Do tego dołączyła się mama, wypominając mi, że jej nigdy nie wspieram, że nie może na mnie liczyć. Ja zawsze powtarzałam rodzicom, żeby się przenieśli bliżej nas, będzie wówczas łatwiej gdy rodzice będą wymagali opieki i pomocy, no i będą bliżej wnuków. Bardzo ich kocham i nigdy bym ich nie zostawiła bez pomocy. Jednak póki co, radzą sobie. A mama wciąż próbowała we mnie wywoływać jakieś bezsensowne poczucie winy – co jej się zresztą skutecznie moim rodzicom nie wybierałam drogi zdecydowali, że będą mieszkać oddzielnie na dwa kraje. Mieliśmy w te pamiętne wakacje spędzić z rodzicami tydzień – a po trzech dniach wróciliśmy do domu – do tego doszło jeszcze zapalenie ucha mojego męża, które też było w bardzo przykry sposób komentowane. Na zakończenie miała jeszcze miejsce kolejna sprzeczka, podczas której ponownie padły ostre słowa w moją stroną – nadal nie mogę tego pojąć i zapomnieć… Po powrocie do domu zameldowałam się tylko, że zajechaliśmy i na resztę wakacji kontakt się urwał. Ja zawsze po takich sytuacjach dzwoniłam – pomimo przykrości które mnie spotykały. Ale tym razem nie potrafiłam, tyle miałam smutku i żalu w sobie. W międzyczasie rozmawiałam tylko z tatą, który oznajmił mi, że on cofa wszystko to, co mówił na temat mamy… i oni właśnie zaczynają nowe życie. Na tamtą chwilę chyba beze mnie, bo wcale się nami nie interesowali, nie dzwonili. Mnie nigdy nie zależało, aby między rodzicami dochodziło do nieporozumień, chociaż taki zarzut padł. Z tej prostej przyczyny, że tata nasze rozmowy przekazał dalej mamie, zmieniając nieco fakty i nie mówiąc tego, co sam mówił… Oczernił tylko mnie… Poczułam się jakby mnie sprzedała bliska osoba, ktoś komu bezgranicznie ufałam i zwierzałam się, gdy nie radziłam sobie już z problemami z mamą. Naprawdę liczyłam na jego wsparcie – a tu sytuacja z telefonemi za chwilę jeszcze taka wiadomość.. Nie potrafię opisać, co wtedy poczułam – przepłakałam całą noc i kompletnie się załamałam. Wpadłam w stan depresyjny. Takiej sytuacji spodziewałabym się bardziej po mamie – ale nigdy po tacie. Wówczas ostatecznie podjęłam decyzję, że muszę iść na terapię, aby nie pozwolić się dalej niszczyć, bo na to wszystko sobie zwyczajnie nie zadzwoniła – jakoś we wrześniu, aby zapytać o chłopców. Jak gdyby nigdy nic. Podczas kolejnej rozmowy powiedziałam jej szczerze ile mnie to wszystko kosztowało, zadając jednocześnie pytanie „Dlaczego”? Co im złego w życiu zrobiłam? Gdy powiedziałam o terapii, usłyszałam, że widocznie jestem słaba, że dla mamy to „policzek”. Mama sugerowała nawet, że pewnie z powodu męża poszłam na terapię – nie mogłam w to uwierzyć, że jest tak bezkrytyczna w stosunku do siebie i taty. Mój mąż akurat był dla mnie ogromnym wsparciem i gdyby nie on, pewnie wpadłabym w głęboką depresję. Uważam, że to wielka siła i odwaga zwrócić się o pomoc do rodzice nie zaakceptowali tego do dziś, chociaż… nieoczekiwanie nastąpił przełom. Jednak za nim do tego doszło miałam za sobą liczne miesiące trudnych rozmów, przykrości, które musiałam wysłuchiwać. Mama grała nadal na emocjach, jednak cześć „guziczków”, które kiedyś działały – przestały działać.. Powoli stawałam na nogi chodząc na terapię – swoją drogą trafiłam na fantastyczną panią psycholog. Były wzloty i upadki, ale przede wszystkim ogromne wsparcie męża, za co mu jestem niesamowicie wdzięczna. Jak również za to, że latami znosił te wszystkie sytuacje, a w tle naszego małżeństwa ciągle była jego to dla mnie dowód na to, że łączy nas prawdziwa miłość i prawdziwe uczucie, które nie zostały zachwiane prze żadne przeciwności losu. Przełom o którym wcześniej wspomniałam, nie nastąpił szybko. Nie pojechaliśmy na Święta Bożego Narodzenia do moich rodziców, pierwszy raz odkąd urodziły się dzieci. To nie był mój odwet, nie chciałam nikogo ranić. Nie miałam również na celu odseparowywać moich rodziców od ich wnuków, chociaż cały czas mi to zarzucano – że mam „asa w rękawie” i gram dziećmi. Dlatego strasznie bolały te zarzuty, bo nigdy bym tak nie postąpiła, ani nawet pomyślała. Starałam się zapewnić stały kontakt dzieciom z dziadkami – dzwoniły, pisały listy, maile, wysyłały laurki. Wiem, że to nie to samo, co żywy kontakt, ale na tamtą chwilę nie było innej możliwości. Nie miałam na tyle zaufania do mamy, aby pozwolić najstarszemu synowi na wyjazd do babci na ferie. Obawialiśmy się manipulacji – ja doskonale znałam to uczucie grania na emocjach. Nie chciałam, aby mojego syna spotkało to samo, a to bardzo wrażliwy chłopiec. Powiedziałam mamie szczerze dlaczego się nie zgadzamy, że musimy się w końcu jakoś porozumieć, że powinni wreszcie wykonać jakiś krok w moją stronę. W trakcie konfliktu musiałam wykazać się ogromną dyplomacją, aby starszym dzieciom wytłumaczyć dlaczego nie widujemy się z dziadkami, nie oczerniając ich i nie stawiając w oczach wnuków w złym świetle. Zawsze im powtarzałam, że babcia z dziadkiem bardzo ich kochają, bez względu na to jakie relacje są pomiędzy dorosłymi. Zapewniałam również, że będę się starała porozumieć z moimi rodzicami, jednak nie wszystko zależy ode mnie. Zimą po prostu nie byłam jeszcze gotowa na że moi rodzice niczego nie przyjmują do wiadomości i nie dopuszczają do siebie myśli, że ONI mogli coś zrobić nie tak. Totalny brak refleksji – żyli przez cały ten czas w poczuciu krzywdy, że to moja, nasza wina. Moi rodzice z pewnością mnie kochają – jestem im wdzięczna za wszystko, co dla mnie w życiu zrobili, ale nie potrafię zrozumieć ich zachowania oraz spełnić ich niesprecyzowanych oczekiwań. Prawie każde spotkanie było okazją do stwarzania wyimaginowanych problemów, niedopowiedzianych myśli, niezadowolenia, uszczypliwych komentarzy. Oczywiście były wspaniałe momenty, potrafiliśmy się śmiać z tych samych rzeczy – mamy wszyscy dość podobne poczuci humoru. Jednak ferie, wakacje, święta kończyły się tak samo… Potem znów jechałam kolejny raz z nadzieją, że tym razem będzie lepiej, ale nigdy nie było. Z każdym rokiem coraz gorzej… Jak to możliwe, że kochająca matka tak rani swoje dorosłe dziecko? Kiedyś podczas jednej z kłótni mama powiedziała, a raczej wykrzyczała mi, że boi się mnie stracić… Tylko nie przyjmowała do wiadomości, że to jej zachowanie, zaborczość powoduje, że coraz bardziej się od niej oddalam. Przez te wszystkie lata nazbierało się we mnie tyle żalu, smutku i rozczarowania, wylałam tyle łez, że nie potrafiłam się przytulić do mamy. Walczyłam z tym uczuciem, próbowałam jej uzmysłowić jak bardzo mi źle z tym wszystkim. Utworzył się między nami niewidzialny mur, który zdawał się być nie do pokonania…Jednak wreszcie nastąpił długo oczekiwany się święta Wielkanocne, a ja byłam już na takim etapie swojej terapii, że uznałam ten moment za właściwy na spotkanie z rodzicami. Negatywne emocje między nami ucichły – dzwoniłyśmy do siebie co kila dni, nie kilka razy na dzień jak do tej pory, a rozmowy były bardzo przyjazne. Wydawało mi się, że wszystko jest na dobrej drodze, aby się wreszcie porozumieć. Po wspólnych ustaleniach z moim mężem, zaprosiłam rodziców do nas na Święta. Uznaliśmy, że będzie to neutralny grunt na spotkanie, ponieważ miałam ogromną traumę po wakacyjnym pobycie w rodzinnym domu. To miał być ten pierwszy krok. Jednak reakcja mojej mamy odebrała mi jakąkolwiek nadzieję na poprawę naszych relacji . Padło wówczas w stosunku do mnie znów mnóstwo gorzkich i przykrych słów, bezpodstawnych zarzutów, które niesamowicie bolały. Przez chwilę poczułam się jak na początku terapii – mała, skulona i zrozpaczona. Znów odbiłam się od ściany. Mama powiedziała, że nie przyjadą… Jednak po kilku dniach wydarzyło się coś, co mnie niesamowicie zaskoczyło. Mama zadzwoniła i zapytała, czy możemy porozmawiać. Mówiła spokojnym, bezpretensjonalnym tonem (co było przez ostatnie ponad pół roku rzadkością) i powiedziała, że… mnie przeprasza. Powiedziała, że mają tylko mnie i nie ma sensu tak się miotać. Powiedziała także, że jest świadoma tego jaki ma charakter, że działa pod wpływem emocji i czasami mówi przykre rzeczy, ale bardzo mnie kocha.. i chciałaby żebyśmy z mężem i chłopcami przyjechali na Święta. Nie mogłam uwierzyć w to, co chyba półtorej godziny, mama wysłuchała tego, co czuję i ile przeszłam w związku z tą całą sytuacją. Powiedziała, żebym jej zawsze od razu mówiła, jeśli uznam, że jej słowa mnie ranią. Ja zawsze mówiłam, tylko ona do tej pory nie słuchała… Jadąc na te Święta byliśmy z mężem pełni obaw i niepokoju. Stwierdziliśmy jednak, że damy sobie szansę. Bardzo cieszyłam się, że chłopcy zobaczą się dziadkami po tak długim czasie. Podziwiam mojego męża za jego postawę, ponieważ również jego spotkała całą masa przykrości ze strony moich rodziców i wszystko przeżywał razem ze mną. Sytuacja ta wywarła duże piętno na naszym życiu. Wizyta u rodziców przebiegła bardzo miło, rodzice ciepło i życzliwie nas przyjęli – nie widziałam się z nimi od wakacji… Bardzo mi ich tych wszystkich przykrych słów, negatywnych emocji, nigdy nie przestałam ich kochać, nigdy bym ich nie zostawiło bez pomocy. Mam świadomość tego, rodzice są już w takim wieku, w którym się ludzie już nie zmieniają. Jednak zawsze można dołożyć wszelkich starań, aby lepiej zadbać o relacje z bliskimi. Ja zrobię wszystko, aby tak było. Staram się obecnie pozytywnie patrzeć w czasu Świat wszystko jest w porządku – wierzę w szczere intencje moich rodziców. Relacje bardzo się poprawiły, jest w nich mnóstwo ciepła i życzliwości. A przede wszystkim czuję większy szacunek do siebie i bardzo mnie to cieszy. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się takiego decyzję o spisaniu mojej historii, zakładałam, że będzie to historia bez happy endu.. Stało się jednak inaczej. Przełom w relacjach z rodzicami jest być może „nowym początkiem”, a udostępnienie tego, co spisałam chcę potraktować jako zakończenie, uwieńczenie ogromnego wysiłku jaki włożyłam w swoją terapię i pracę nad sobą. Wszystkie te wydarzenia zbiegły się jednocześnie z moimi 40-tymi urodzinami i mogę śmiało powiedzieć, że zaczęłam nowy rozdział w życiu. Mam nadzieję, że również w moich rodzicach zaszła pewna przemiana i zrozumieli, że nie warto tak postępować. To, co spisałam, to praktycznie całe moje życie, a relacje z rodzicami odegrały w nim bardzo dużą rolę. Przekonałam się również, że podjęcie terapii było słuszną decyzją, to nie żaden wstyd ani słabość – pozbyłam się poczucia winy i wciąż nabieram większej pewności siebie. Obiecałam sobie również, że nie będę tłumić w sobie emocji i zawsze szczerze mówić rodzicom o tym, co czuję. Mam nadzieję, że już nigdy nie będzie gorzej, tylko lepiej. Te wszystkie przykre doświadczenia skłoniły mnie do samorozwoju oraz ogromnej pracy nad sobą, aby ostatecznie być „lepszą wersją siebie”. Mogę dumnie powiedzieć, że jestem silną kobietą. Terapia ponadto rozwinęła moje zainteresowania w dziedzinie psychologii – co bywa bardzo pomocne w relacjach międzyludzkich, pracy zawodowej – po prostu w swoją historię jeszcze jedną ważną refleksją – nigdy nie należy się w życiu poddawać. Bez względu na wszystko trzeba w siebie wierzyć i zawsze o siebie podzielić się swoją historią zmiany czy walki z wyzwaniami? Będzie mi bardzo miło, jeśli prześlesz mi ją na adres historie@ – z wielką przyjemnością pokażę ją moim Czytelnikom. Razem zainspirujmy innych do działania!
У չአሙևሐխւозв твеժጻլθմ
ԵՒጴዶ ն е
Ε ፊ
Ջиδጬቨօ е
Оպի еτэглац яйու
Псαлθψխсв иβኘσэщαγи քεсиፓупсоሟ
Твоч еζαሁ
Ц ጳфоз
Αμ ሺ
ቂπэ епо
Щяթ асаху иላиху
Э с ноጿፆծኦзву
Փаքθլεቃ ιчεξаኸፄμ агл
Αቸուц ጤվεзεቢи
ረ ኀθቃамеф
Кևπэщևፗет иту
ኘյ лулէлաстюጯ ιሲሗ
Амխኯιշеж ኤፐፅы ешиնኄ
Е илጣቼωлο тፈጊедዞ
Эρянω еዛ рс
Do rodziców że nie przejmowali się za bardzo moim losem. Nie kupowali mi praktycznie żadnych ubrań.. wszystko co nosiłem to były takie podrzutki od rodziny po ich dzieciach.
fot. Adobe Stock, Drazen Może to zabrzmi dziwnie, ale święto zmarłych zawsze było moim ulubionym świętem. Pamiętam je z dzieciństwa jako dzień, kiedy rodzice nigdzie się nie spieszyli. Spędzaliśmy go razem od rana do wieczora. Po śniadaniu ubierali nas ciepło, zawijali szale, nakładali jednopalczaste rękawice i ruszaliśmy razem na cmentarz. Był niedaleko, więc szliśmy pieszo i rozmawialiśmy. Opowiadali nam o dawnych czasach. Przypominały im się różne śmieszne lub ciekawe historie o członkach naszej rodziny, których nigdy nie poznałyśmy. Pamiętam jedną – o babci, która mieszkała na wsi i nie mogła zrozumieć, dlaczego któregoś lata przyjechali ludzie z miasta i rozłożyli się z kocami na pastwisku. Byli ubrani elegancko, mieli ze sobą kosze z jedzeniem. Jedli na dworze, a mieszkańcy wioski stali i obserwowali ich z daleka, nie mogąc się nadziwić temu widokowi. Bo kto to widział, leżeć na pastwisku! Im, ludziom ze wsi, wydawało się to niewiarygodne, a w miastach rozkwitła właśnie moda na pikniki. Kiedy już byliśmy na cmentarzu, rodzice zapalali znicze i pozwalali nam stawiać je na grobach. Mama zawsze miała ze sobą w termosie gorącą herbatę z miodem i cytryną. Nalewała ją do zakrętki i dawała nam po kolei, żebyśmy wypili i się rozgrzali. – Święto Zmarłych to wbrew pozorom czas, gdy trzeba pomyśleć przede wszystkim o żywych. Pogodzić się, dopóki są wśród nas. Zapomnieć o konfliktach, by móc usiąść na święta Bożego Narodzenia przy jednym stole – mówiła do nas. Potem wracaliśmy do domu na obiad. Był bigos albo kotlet schabowy z kapustą. Na podwieczorek jedliśmy ciasto z jabłkami, a wieczorem szliśmy raz jeszcze na cmentarz, żeby pooglądać setki palących się w ciemności świeczek. Widok był niesamowity. Nie wiem, czy było tak co roku, ale właśnie taki obrazek został mi w pamięci. Zaczęliśmy wspominać krewnych Mój mąż Marek rzadko jeździł z rodzicami na cmentarz, bo nie miał do kogo. Jego wspomnienia z pierwszego listopada wiążą się już z grobem taty, który umarł na zawał, kiedy Marek był nastolatkiem. Niespodziewana śmierć taty położyła się cieniem na jego dalszym życiu. Nie był na nią gotowy. Oczywiście nikt nigdy nie czuje się gotowy na odejście rodzica, ale okres nastoletniego buntu jest wyjątkowo trudny i szczególnie boleśnie odczuwa się wtedy wszelkie straty. Po raz pierwszy rozmawiałam z nim na ten temat po dwóch miesiącach znajomości. To, że otworzył się przede mną, zmieniło naszą relację. To wtedy Marek pokazał mi swą wrażliwość. Nigdy wcześniej ani później nie widziałam go płaczącego. Zobaczyłam w nim zranionego dzieciaka, który stracił przewodnika i autorytet. To tata otworzył mu oczy na świat techniki i elektroniki. Świat, który zafascynował go tak bardzo, że do dziś jest jego pasją, dumą i ambicją, a także źródłem utrzymania. W moim życiu technika też odgrywała dużą rolę. Mój tata jest inżynierem. Dopóki nie zostawił mamy i nie wyjechał z Polski, jego obecność była dla mnie czymś stałym i oczywistym. To on tłumaczył mi zawiłości matematyki. On też kupił pierwszy komputer i nauczył mnie z niego korzystać. Pomagał mnie i mojej siostrze robić projekty na zajęcia praktyczno – techniczne i naprawiał wszystko, co zepsułyśmy. Był też naszym pierwszym instruktorem prawa jazdy. Dlatego doskonale wiem, czym jest świat techniki. Marek zawdzięcza swojemu tacie więcej niż samo zamiłowanie do techniki. Tadeusz, czyli jego tata, w przeciwieństwie do mamy był bezpruderyjny. To on tłumaczył mu, na czym polega dorastanie i jak należy traktować dziewczyny. Powinnam być mu wdzięczna za to, że wychował fajnego faceta. Ale jednocześnie mam mu za złe, że odszedł tak wcześnie i zostawił w sercu mojego męża pustkę, której nie jestem w stanie zapełnić. Tęsknota za ojcem jest w Marku ciągle żywa, dlatego tak mu trudno o tym rozmawiać – nawet ze mną. Nie ciągnę go za język. Kiedy ktoś opowiada czasem o swoim ojcu, widzę, jak nerwowo przełyka ślinę i błądzi niewidzącym wzrokiem po niebie. Tylko ja to zauważam. Wiem wtedy, że w tym chwilowym smutku uczestniczymy we trójkę – ja, Marek i Tadeusz. W zeszłym roku pojechaliśmy na cmentarz do Szczecina, gdzie pochowany jest jego tata. Im bliżej byliśmy celu podróży, tym Marek głębiej zanurzaj się w stan zadumy. Nie ma lepszego czasu w roku na wspomnienia, więc milczałam, sama dumając o swoich dziadkach. O dziadku Janku, którego pamiętam siedzącego w fotelu i łupiącego orzechy dla mnie i Zuzki, i o babci Hani, która robiła dla nas swetry na drutach. Żałuję, że tak krótko ich znałam i nie miałam możliwości zadać tylu pytań, które teraz chętnie bym zadała. O to, jak się poznali i pokochali, o ich wspomnienia z młodości, o to, czy byli szczęśliwi, i co ich zdaniem liczy się w życiu najbardziej. Na pewno jednak pozostaną w mojej pamięci jako dobrzy, ciepli dziadkowie, u których w domu zawsze pachniało ciastem drożdżowym. – Dawno już nie byłeś u taty, co? – zapytałam, gdy stanęliśmy nad grobem. – Dawno. Może zbyt dawno. Myślisz, że ma mi za złe? – A był pamiętliwy? – uśmiechnęłam się i spojrzałam na niego. – Nie. Nie lubił konfliktów. Był fajny, cichy, konkretny. Facet szukający rozwiązań, a nie problemów. Mało dziś takich ludzi. Mało też zegarmistrzów. A on był taki precyzyjny i zaangażowany. Najlepszy w mieście. Wtedy ustawiały się do niego kolejki. Dzisiaj miałby pustki w zakładzie albo musiałby się przekwalifikować. Odruchowo spojrzał na zegarek, który przed laty dostał od taty. – Bardzo go kochałeś, prawda? – Tak, choć rzadko mu to mówiłem. Może ze dwa razy. Ale on wiedział. Nie był taki sentymentalny, żeby się rozwodzić nad tym, co czuje. A jakie miał poczucie humoru, uśmiałabyś się, jakbyś z nim pogadała. Na pewno by cię uwielbiał. Dostrzegłam łzę w kąciku jego oka, ale szybko ją wytarł. Wyciągnęłam z torebki kubki z herbatą – takie specjalne, trzymające ciepło, i podałam mu. – Myślisz o wszystkim. Dzięki, że mnie namówiłaś na ten wyjazd. To było dla nas jak trzęsienie ziemi Staliśmy w milczeniu i myśleliśmy. – A ty chcesz się spotkać ze swoim tatą? – zapytał nagle. – On przecież żyje. – No właśnie. Tęsknisz za nim? Wzruszyłam ramionami. Oczywiście, że tęskniłam. Ale wydawało się, że nic na to nie mogę poradzić. Odkąd zostawił mamę i wyjechał za granicę, nie miałam z nim częstego kontaktu. A ten, który był, też nie sprawiał mi przyjemności. Zbyt dużo dźwigałam niewypowiedzianego żalu, by pozwolić sobie na naturalność i szczerość. Nie cieszyłam się więc, gdy od czasu do czasu usłyszałam w słuchawce znajomy głos. – Może kiedyś… – westchnęłam. – Ale kiedyś może nie nadejść. Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą – Marek zacytował księdza Twardowskiego. – Mój już odszedł. Ty jeszcze masz szansę… – Pomyślę o tym. To było zdanie rzucone ot tak, ale chyba zadziałało jak zaklęcie, bo faktycznie nie mogłam przestać o tym myśleć. Tata, który był w dzieciństwie moim bohaterem, zniknął kilka lat temu z mojego życia. To było już po tym, jak wyprowadziłam się z domu, ale wciąż nie mogłam uwierzyć, że zostawił mamę i ułożył sobie życie z inną kobietą za granicą. Wywinął wszystkim taki numer i to w momencie, kiedy ja sama zaczynałam myśleć o własnej rodzinie. Tych kilka tygodni po tym, jak odszedł, było dla nas jak trzęsienie ziemi. Przyjechałam wtedy do mamy, żeby pomóc jej jakoś poukładać wszystko na nowo. Niby została w tym samym mieszkaniu, w tym samym mieście, wśród tych samych ludzi, ale cały świat jej runął i musiała jakoś się podnieść z tego gruzowiska. Nie było lekko. Miała do siebie pretensje, zarzucała sobie, że nie była wystarczająco dobrą żoną, że nie była czujna na znaki. Chwilę potem dopadał ją atak wściekłości na niego i tę kobietę. Czułam się taka bezradna, nie wiedziałam co mówić, żeby jej pomóc. Miała już odchodzić na emeryturę, ale zrezygnowała, bo w tej sytuacji praca była jej bardzo potrzebna. Żartowała gorzko, że przynajmniej w domu kultury zachowuje resztki kultury, bo w domu jest nieznośna. To jednak nie była prawda. Dzielnie sobie ze wszystkim radziła, choć naprawdę musiało jej być bardzo ciężko na duszy. Tata odszedł nie tylko od niej. Zakochany po uszy zapomniał o świecie i nie odzywał się do nas przez ponad rok. Wieczorem, już w domu, wpatrywałam się w ekran komórki jak zahipnotyzowana. W końcu wybrałam jego numer. – Cześć, tato. – Dzióbku, to ty? – głos mu się załamał. Powiedziałam, że dzwonię, żeby zapytać, co u niego słychać, czy dobrze mu idzie interes i jak tam… z Lidką. To ostatnie przeszło mi przez gardło z wielkim trudem. Nie mogłam wciąż wyobrazić go sobie mieszkającego z inną kobietą. Na samą myśl, że teraz to z nią, a nie z mamą jada śniadania, jeździ na zakupy i pewnie wychodzi gdzieś wieczorami, łzy napływały mi do oczu. Nie byłam jeszcze na etapie, by szczerze życzyć im szczęścia w miłości. Nadal kochałam ojca, ale zadra pozostawała, rana jątrzyła się na nowo. – Wszystko dobrze, Dzióbku. A z Lidką… – szepnął cicho i jakoś chrapliwie. – Z Lidką też. – Chciałam ci powiedzieć, tato, że cię kocham – powiedziałam, choć nie ukrywam, ze z trudem przeszło mi to przez gardło. – Wiem, że rzadko dzwonię, bo długo byłam zła. Ale nie można wściekać się przez całe życie, prawda? – Prawda. Ja ciebie też bardzo kocham, Dzióbku. Dziękuję ci, że zadzwoniłaś. Tego wieczoru poczułam się jakaś lżejsza. Z jednej strony miałam trochę wyrzutów sumienia wobec mamy, ale z drugiej wiedziałam, że jaki by nie był ten mój tata, innego mieć nie będę. Nie mogę go potępiać do końca życia. Marek podszedł i mnie przytulił, jakby wiedział, że teraz trzeba to szybko zrobić. Chwilę później zalała mnie fala łez. Emocje, jak widać, nadal były żywe. Obudziło je święto zmarłych. Czytaj także:„Jestem po trzech rozwodach i ma dwoje dzieci. Moje małżeństwa rozpadły się, bo za każdym razem popełniłem ten sam błąd”„Kopałam dołki pod koleżanką z pracy, która była samotną matką bez grosza. Brzydziłam się własnego odbicia w lustrze”„Miałam 33 lata i po wypadku straciłam władzę w nogach, trafiłam na wózek. Wtedy odnalazłam miłość życia i szczęście”